Takie słodko-pikantne jest życie. Czasem można się zasłodzić, a niekiedy coś pali wewnątrz. W różnych miejscach - w umyśle, w duszy albo w ciele. Nic tylko czekać i patrzeć jak zmienia się sinusoida. Ideał: zostać obserwatorem swojego bycia i zniknąć. Nie oceniać podjętych działań, powstałych emocji, napotykanego losu. Pojęcie o tym co dobre, a co złe należy do sędziego, którego nie ma. Kto sądzi? Bóg, własne sumienie, inni ludzie? Czasy, obyczaje, kultura?
Gdyby nam ktoś kiedyś nie zwrócił uwagi, że nie wypada pierdzieć i bekać, to robilibyśmy to bez skrępowania i rumieńców. Jeślibyśmy nie wiedzieli, że pomięte ubranie wygląda niechlujnie, pewnie podobałyby nam się nasze kreacje bez prasowania. Gdyby nie zakorzeniły się w nas głęboko stereotypy o teściowych, otyłości, niemcach, polakach, bogatych (i wiele wiele innych) pewnie inaczej wyglądałyby nasze relacje z wieloma ludźmi, a i w kulturze humor i satyra miałyby odmienne oblicze.
Natura wyposażyła nas w instynkt przetrwania i to on podpowiada jedną jedyną normę: szanuj życie. Swoje i innych. Nie krzywdź.
Czyż to nie proste? Można więc obserwować, żyć swobodnie, szanować to co żywe, a jednocześnie zniknąć.
Prażone słodko-pikantne orzechy
czyli "Orzechy z kawiarni na Union Square" wg. Nigelli Lawson
- kilka garści dowolnych orzechów (u mnie same włoskie, Nigella zaleca pomieszanie różnych rodzajów)
- 2 łyżki grubo siekanego rozmarynu
- łyżka rozpuszczonego masła
- łyżeczka soli
- pół łyżeczki pieprzu cayenne
- 2 łyżeczki cukru trzcinowego nierafinowanego lub syropu z agawy czy innego zdrowego słodziszcza
Orzechy uprażyć na blasze w piekarniku o temperaturze 180 stopni (około 10-15 minut). Do gorących dodać przyprawy, słodziszcze, masło i wymieszać.
Są pyszne. No i odkładają się po bokach ciała w piękne fałdy... ;)