Przechodzę dziwne i bardzo emocjonalne stany, w których nastroje mieszają się wzajemnie w lustrzanym chaosie, każdego dnia zmieniając natężenie. Wszystko jest proste, jeśli prowadzi się usystematyzowane życie oparte na stałym i niezmiennym trybie, wyzwanie zaczyna się kiedy stoisz na rozdrożu, amerykańskim odludnym skrzyżowaniu, zastanawiając się w którą stronę pójść. A jeszcze większe, jeśli stoisz tam ze swoim kotem.
Lubię marzyć o dystansie, o jazzowym nieskrępowaniu myśli i ruchu, które niezależnie od wyjściowego zamiaru, zawsze prowadzi w ciepłe kąty. Ale póki co życie wygląda dość twardo i szorstko, wymaga szybkich i mądrych decyzji, od których nie ma odwrotu, i nie daje gwarancji na powodzenie.
Ale nie miało być aż tak bezpośrednio, miało być o marcowym słońcu i wiośnie, która nieśmiało przed nami.
no i siłą rzeczy o jedzeniu. W tesco pierwszy raz natknęłam się na mielonkę sojową, jej parametry wizualno-smakowo-zapachowe podejrzanie imitują mięsny odpowiednik. Choć produkt ten w finalnym połączeniu z ziarnistym chlebem i ostrą rukolą zgubił swój smak, pasowałby do białych kajzerek i ogórka.
Z powodu konkretnych planów wyjazdowych robię sukcesywną czystkę w domowym zapleczu lodówki, szafek i zamrażalnika. Wyjadanie długo gromadzonych rzeczy jest przyjemne tylko do czasu aż towarzyszy mu piękna idea niemarnowania, w przeciwnym razie ma się dość i marzy o czymś innym.
Na górze prezentuję śniadaniowe jajka po hiszpańsku czyli jajka smażone, na tostach z pastą cebulowo-pomidorową, na dole kotleciki resztkowe ze zmiksowanego tofu z małą pietruszką i dużą marchewką, pestkami słonecznika, mąką z ciecierzycy i przyprawami, których nie pamiętam. Bardzo dobre w burgerze.