Targ w Jerozolimie, my po przejściu kilku kilometrów murami miasta, gorąco, świeży sok z granatów, papuga mówiąca
Shalom. Chyba bardziej zmęczeni niż głodni, ale mimo to, ktoś mówi
najlepszy hummus w Jerozolimie i już siedzimy przy stolikach i pijemy dużo wody. Zamawiamy wszystko - gorące, chrupiące i zielone w środku falafele, kremowy hummus z orzeszkami piniowymi, hummus z bobu, cudowny tabbouleh z granatem. Ale najbardziej w pamięci utkwiła mi niepozorna sałatka nazywana tam 'Arab salad', która była tak cudownie świeża, że po powrocie do Polski zaczęłam obsesyjnie myśleć o prawdziwych pomidorach. Doczekałam się takich przyzwoitych i od razu pobiegłam robić sałatkę, którą będę jadła teraz codziennie. Choć
Yotam nie podaje na nią przepisu, mi udało się odtworzyć go z pamięci.
Najprawdziwsze (i najbardziej banalne) co można powiedzieć o tej sałatce to to, że geniusz tkwi w prostocie.
na 2 porcje
2 nieduże ogórki
4 średnie pomidory
garść posiekanej pietruszki
ząbek czosnku (lub nie)
pół czerwonej cebuli (lub nie)
na sos
3 łyżki tahini (pasty sezamowej)
2 łyżki soku z cytryny
5 łyżek wody
szczypta soli
Warzywa (najlepiej prosto z lodówki) posiekać w drobną kostkę, czosnek rozgnieść, wszystko wymieszać ze szczyptą soli. Składniki sosu szybko wymieszać (używam drugiego końca łyżki), zgęstnieją w jasny, kremowy sos. Polać nim warzywa i podawać od razu.