W poszukiwaniu zimy, której u nas jak na lekarstwo, tegoroczne ferie świąteczne spędziliśmy w Bergen. Śnieg był, przynajmniej przez moment. Towarzystwo - przednie. Jedzenie dobre też było, choć niewiarygodnie drogie (wariant wakacji: odchudzający). Ale przede wszystkim towarzyszył nam niesamowity skandynawski klimat i smaki, których u nas po prostu nie ma - tosty z brunostem, fiskekaker i kaviar (czyli pasta z ikry dorsza). Walizki wróciły nieco pełniejsze niż wyjeżdżały - zapas brązowego sera, śledzie, lutefisk, suszone solone baranie żebra, tubki z kaviarem i... parę kilogramów książek kucharskich :)Mam wrażenie, że jeśli chodzi o książki kucharskie żaden język mi nie straszny (o ile pisany jest alfabetem łacińskim). Książki po hiszpańsku czy niemiecku to codzienność (z resztą już o tym pisałam przy okazji
kuchni szwabskiej i przepisu na Spätzle). Najbardziej egzotyczne książki, jakie mam i z jakich gotuję, są napisane po turecku, więc norweski przy tym to pestka. Z resztą słownictwo kulinarne (przynajmniej podstawowe) większości europejskich języków chcąc nie chcąc opanowałam w stopniu umożliwiającym czytanie etykiet, przepisów i kupowanie na bazarze lub niesamoobsługowym sklepie (w końcu ktoś zawsze musi robić zakupy i gotować, nawet poza domem) - wyjątkowo przydatna umiejętność, jeśli chce się zejść z utartego szlaku. Tym łatwiej było mi robić zakupy w księgarni :)
Mat fra Nord-Norge czyli jedzenie z Północnej Norwegii to śliczna książka pełna skandynawskiego uroku. Pomiędzy przepisami i zdjęciami jedzenia poutykane są surowe krajobrazy i zdjęcia zwierząt (owce, renifery, ryby). Panuje półmrok, jest śnieg, woda, góry, czasem spowite niezwykłym światłem ni to zmierzchu ni to świtu. Zdjęcia są duże, całostronicowe, czasem jako dwustronicowa rozkładówka. Pełne tajemnicy. Do tego zdjęcia potraw - każdy przepis opatrzony jest całostronicową fotografią gotowego dania. Proste aranżacje, zwykle zbliżenia. Ładne i informatywne. Oprócz dużych zdjęć pod każdym przepisem umieszczono małe zdjęcia stylizowane na polaroidy. A tam... czasem renifer, czasem krajobraz, jagody, a czasem... rybak z dumą prezentujący swoją zdobycz, zastrzelony łoś, myśliwi z bronią i psami, ryby w sieci, krew na śniegu... nie ma wątpliwości skąd bierze się tamtejsze jedzenie. Dla mnie to trochę zbyt dosłowne, ale nie przeszkadza. Też wiem i pamiętam skąd bierze się nasze jedzenie. Ale podejrzewam, że są ludzie, którzy nie ugotowaliby niczego z tej książki. Wiedzą, ale nie chcą pamiętać.
Wróćmy jednak do sedna, czyli możliwości wykorzystania książki w kuchni. W zasadzie można znaleźć tu przepis na wszystko, co kojarzy mi się z kuchnią północy. Są kotlety rybne (fiskekaker), i to w kilku wersjach, lutefisk, śledzie świeże i marynowane, zupy rybne, rybny pudding i dania z baraniny (m.in. lapskaus, czyli tradycyjna potrawka z warzywami korzeniowymi i ziemniakami). Do tego przepisy na skandynawskie pieczywo (w tym mój ulubiony płaski chleb:) i ciastka. Raczej tradycyjnie i bez ekstrawagancji. Prosto, smacznie, północnie. Dobrze.
Jak to zwykle z kuchniami regionalnymi bywa niektóre składniki są mało osiągalne. Raczej trudno będzie kupić lutefisk, czyli solonego, suszonego jak bacalhau dorsza, który po wypłukaniu soli i "napęcznieniu" jest moczony w roztworze ługu i dopiero po kolejnych płukaniach wykorzystywany w potrawach. Ale ta potrawa nawet przez samych Norwegów jest podobno uznawana za ekstremę (jadłam i nie wydaje mi się tak podła jak o niej piszą). Podobny problem możemy mieć z suszonymi jagnięcymi żeberkami - wykorzystywanymi do przygotowania tradycyjnej potrawy świątecznej pinnekjøtt. Ale już brukiew raczej nie stanowi problemu - można kupić na bazarze. O innych składnikach, takich jak ryby czy inne warzywa korzeniowe nie wspominając. A o lutefisk i pinnekjøtt trzeba po prostu pamiętać przy następnej podróży (albo zwyczajnie zapomnieć, jeśli ktoś nie lubi ekstremalnych przeżyć kulinarnych).
Najlepsze w tej książce jest to, że opisane w niej potrawy weszły na stałe do naszego jadłospisu, a połączenia smaków stały się dla mnie zupełnie naturalne i nieświadomie sięgam do tych połączeń kiedy gotuję "z głowy". Czyli nie jest to tylko pamiątka z podróży, a coś więcej - praktyczna lekcja nowego spojrzenia na gotowanie. Kuchnia norweska wydaje się bliska, bo niemal wszystkie składniki są wykorzystywane u nas powszechnie, a mimo to tamtejsze smaki łatwo dają się od naszej rodzimej kuchni odróżnić.Obok konkretnych przepisów polubiłam pewną ideę, która przewija się w wielu potrawach, szczególnie duszonych i zupach. Jest to swoista korzeniowa triada - brukiew, marchew i seler, czasem z ziemniakami i cebulą, czasem bez nich, wszystko pokrojone w kostkę. Jak francuskie mirepoix (seler, marchew, cebula), nasza włoszczyzna (z pietruszką :) czy kreolska święta trójca (papryka, seler i cebula), tak w wielu norweskich potrawach przewija się brukiew z marchwią i selerem korzeniowym. Nie dość, że dobrze wygląda (żółty, pomarańczowy i kremowy), to nadaje potrawom, a zwłaszcza zupie rybnej na prawdę wyjątkowego smaku...
Na wyjeździe warto czasem zaszaleć i przywieźć sobie książkową pamiątkę, nawet jeśli nie da się do niej podejść bez słownika.