
Może nie wszyscy jakoś szczególnie je lubią, ale na pewno prawie wszyscy je jedzą. Towarzyszą nam wszędzie - w domu, w pracy, na wycieczce za miasto i wyprawie w góry. I to na całym świecie. Wiele krajów może poszczycić się swoją narodową wersją tej popularnej przekąski. Od niemieckich
Schinken- i
Kasebrotów poprzez skandynawskie
Smorrebrody, amerykańskie
BLT czy bliskowschodnie kebaby
aż po wietnamskie
Banh mi. Kanapka to chyba najbardziej międzynarodowe jedzenie, jakie da się wyobrazić. Tę różnorodność próbuje usystematyzować i uporządkować
Atlas kanapek świata Pawła Lorocha i Adrianny Stawskiej wydany parę lat temu pod patronatem
National Geographic. Wpisanie książki kucharskiej w formę atlasu to fajny pomysł, nie zawsze niestety jego realizacja nadąża za ideą.
 |
| Jedna z niewielu mapek w atlasie... |
Mało zachęcająca, trochę może staroświecka okładka ze znaczkiem
National Geographic - żółty prostokąt sugeruje prawdziwą podróż palcem po mapie w poszukiwaniu regionalnych kanapkowych specjałów. Zaglądamy do środka, a tam... nie ma map! Niby atlas, a map jak na lekarstwo. Naliczyłam raptem sześć mapek (w tym dwie mapy USA) na prawie ćwierć tysiąca stron! Te nieliczne mapki są raczej proste, ale zawierają ciekawe informacje, np. kanapkowe strefy wpływów w Europie czy przebieg ekspansji kebabów na świecie. Czemu więc tylko sześć? Po co nazywać atlasem książkę, w której kulinarna geografia stanowi tylko kwiatek do kożucha? Mój entuzjazm zrzedł i wystygł.

Skanuję wzrokiem spis przepisów (nie ma typowego indeksu, raczej coś na kształt spisu treści). Na pierwszy rzut oka zwracają uwagę dziwne nazwy. Malinowy chruśniak (europejska), kalmary figlary (hiszpańska) czy lama (polska?!?) - to tylko kilka przykładów. Między tymi dziwolągami pojawiają się albo znane, tradycyjne nazwy (BLT,
Welsh rarebit, luizjański
Po-Boy czy poczciwa zapieksa) albo przynajmniej jednoznaczne i zachęcające (kanapka Elvisa Presley'a :).
Na szczęście sporo nazw pozostawiono w oryginale bez bezsensownego silenia się na oryginalność. Ale dlaczego kanapka z ogórkiem kiszonym i smalcem nazywa się Kęs Jana? A czemu nie prawdziwego Janusza albo Seby (pewnie nawet bardziej by pasowało ;)? Pomijając, że wystarczyłoby napisać "chleb ze smalcem", w końcu to pod tą nazwą kanapka ze smalcem występuje w większości chłopskich jadeł i innych przydrożnych barów i grilli. Po co mieszać, komplikować i wprowadzać zamęt niczym nieuzasadnionymi, dziwacznymi nazwami stawianymi w szeregu obok klasyki? Zwłaszcza, że te słowotwórcze nazwy są raczej kiepskie i kompletnie wbrew mojemu poczuciu humoru. Część z nich jest... lepka (np. Hoża Litwinka i Zawtrak Ludmiły). Na prawdę, można było sobie to było darować.
Wróćmy jednak do kwestii wizualnych. Poza tym, że autorzy pozbawili nas możliwości oglądania map, książka jest dość bogato ilustrowana zdjęciami opisywanych kanapek i kanapkoidów. Tyle tylko, że zdjęcia nie są ani najlepsze ani najładniejsze ani nawet ładnie zaaranżowane. I to tyle. Mogłoby być dobrze, ale jest poprawnie, albo dostatecznie. Nie jest źle. Jest dostatecznie.
Chaos i niezbyt lotne poczucie humoru. I w dodatku atlas bez map... A miało być tak usystematyzowanie i porządnie... Namiastką systematyzacji jest podział na cztery rozdziały:
- Kanapki otwarte
- Kanapki zamknięte
- Tosty i sandwicze na ciepło
- Kanapki zrolowane
Widać od razu, że temat kanapkowy został potraktowany szeroko i nie ogranicza się do chleba z czymś na wierzchu (ewentualnie dwóch kromek chleba z czymś w środku), ale uwzględnia też wszelkiego rodzaju kanapkoidy - kebaby, felafele i takie tam). I to jest wreszcie jakaś zaleta.

No dobra, może chociaż przepisy się do czegoś nadają (choć gdzieś z tyłu głowy puka myśl - po co komu przepis na kanapkę? Uciszam ją na razie). Jeśli już przebrniemy przez dziwaczne nazwy okaże się, że gdzieś pod spodem nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać się na pierwszy rzut
oka. Jest trochę ciekawostek, a to historycznych, a to językowych, czy wreszcie kulturowych. Możemy się więc dowiedzieć, że w Danii spod dodatków na kanapce nie może prześwitywać chleb (bo wtedy kanapka pachnie biedą), jakie kanapki podaje się na rautach w Watykanie, gdzie jada się kanapki nożem i widelcem albo skąd się wzięło węgierskie salami Pick. Duży plus za kanapki "gwiazd" (Woody'ego Allena i wspomnianego już Elvisa Presley'a) - szkoda, że tylko dwie, i złotą klasykę -
turkey club sandwich, kilka wersji hot-dogów, kanapki z chipsami i frytkami, BLT,
cheesesteak itp. Fajne są też odwołania do PRLu. Niestety pozostała część przepisów jest albo potwornie oczywista (bułka z dżemem?) albo powtarzalna (dwa dokładnie takie same przepisy na kanapkę z czarnym kawiorem i kanapkę z czerwonym kawiorem, podobnie ze słoniną czyli sałem). Nie lepiej było postarać się o jakąś mapkę, albo więcej ciekawych historyjek? Brakuje mi też egzotycznych kanapek - tych wszystkich brazylijskich
bauru, karaibskiego
choripana,
chivito z Urugwaju... Nie ma kanapek z Afryki, nie ma kanapek z Japonii... Za to kanapka
chicken tikka podpisana jest jako indyjska?! a nie brytyjska (albo chociaż kolonialna)... Króluje Europa (zwłaszcza wschodnia) i Stany. Podsumowując przepisy w porządku, ale wybór ograniczony.

Narzekam, narzekam, a tak na prawdę pomysł i spora część treści tej książki są w porządku. Wymagałyby tylko lepszego opracowania, nowej szaty graficznej i trochę dodatkowych treści. Słowem - gdyby ktoś wziął się za robotę i przerobił nieco
Atlas dostalibyśmy fantastyczną pozycję godną wydania nie tylko u nas, ale i za granicą (a rzadko, oj rzadko można coś takiego powiedzieć o polskiej literaturze kulinarnej). A tak dostajemy produkt połowicznie fajny połowicznie beznadziejny. Pociesza mnie myśl, że kupiłam tę książkę na wyprzedaży za kwotę mniejszą niż cena porządnego kulinarnego magazynu (8 zł). I pewnie jeszcze kiedyś do niej zajrzę, jak już zdążę zapomnieć o jej wadach.
Tytuł: Atlas kanapek świata
Autor: Paweł Loroch, Adrianna Ewa Stawska
Wydawnictwo:G+J RBA, na licencji National Geographic
Rok wydania: 2010
Strony: 245
Liczba przepisów: 142