Na ten chłód szybszy chód, a nawet nalewka czosnkowa. Nocne w głowie buzowanie. Wiatr. Sprzątanie. Skuwanie lodu z zamrażarki. Wymiana prześcieradeł białych od kurzu. Minutkami, momentami, wieczorami. Octem, sodą, sokiem z cytryny szorowanie. Segregowanie. Dawno powinnam była to zrobić!
Ciało na to: zaraz, zaraz, chwilunię. Posiedzieć trzeba, pogibać się, poprzypatrywać się obłokom, obrazkom, herbaty napić póki gorąca, powietrza poproszę. Gdzie mi tu z tymi paranojkami, lękami, frędzlami i innymi pomysłami? Bo się doigrasz, zobaczysz.
Od Oli dostałam worek pysznego
eko czosnku. Miałam go posadzić i tym samym rozmnożyć, ja jednak konsumuję go w tempie ekspresowym i teraz to już po ptokach. Nie posadzę. Nie poradzę. Co poradzę kiedy po pierwsze pora na czosnek idealna, a po drugie pieczony czosnek okazał się być brakującym elementem? Otóż taki czosnek - całą główkę (lub najlepiej od razu dwa lub więcej) - piecze się w piekarniku w całości, w łupinkach, aż zmięknie. Będzie wiadomo, że to już, bo zacznie intensywnie, słodko pachnieć.
Po przestygnięciu naciska się kolejno na ząbki, a z nich wypływa czosnkowa pasta. Tę masę można dodać do dipu, twarogu, dressingu, nadzienia... Jedną z czosnkowych propozycji kiedyś już
pokazałam, drugą przedstawiam poniżej.
Pasta z pieczonego czosnku i soi
- szklanka soi
- 2 duże główki czosnku
- szczypta kozieradki
- pół łyżeczki soli (lub do smaku)
- 2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
Soję opłukać. Zalać wrzątkiem i moczyć przynajmniej 12 godzin. Po tym czasie wylać wodę, zalać nową - znów wrzącą i gotować na małym ogniu do miękkości (ponad godzinę).
Czosnek upiec w całości, na blasze lub naczyniu żaroodpornym w 180 stopniach. Aż przyrumieni się z wierzchu i będzie miękki.
Ugotowaną soję zmiksować. Wcisnąć do niej czosnek, dodać jogurt i przyprawy.