Nadszedł karnawał. Niedługo się pewnie skończy (w sumie to na pewno się skończy, ale zawsze jest ten cień nadziei), ale ludzie i tak będą urządzać przyjęcia. Ja będę! A jeśli nie przyjęcia, to chociaż obiady i kolacje dla znajomych. Kocham zapraszać gości. Nienawidzę zapraszać gości. Cieszę się, kiedy siedzimy razem przy stole, ale nienawidzę ich, kiedy wchodzą do salonu (no dobrze, nie mam salonu, mam pokój kominkowy).
Przyjęcia to cudowne zdarzenia w naszym życiu, kiedy zapraszamy do domu ludzi, z którymi chcemy zasiąść przy wspólnym stole (lub ustawić się przy wspólnym bufecie). Z jednej strony - nie ma nic piękniejszego. Z drugiej strony - są to godziny ciężkiej pracy, histerii i lekkich załamań nerwowych, leczonych alkoholem. Przynajmniej tak jest u mnie.
Ilekroć zapraszam gości, dostaję nagłych napadów perfekcyjnej pani domu. Menu planuję z dwutygodniowym (lub większym) wyprzedzeniem. Robię listę zakupów. Uzupełniam ją. Poprawiam. Zawsze zapominam o czymś ważnym. Szoruję cały dom, ale zawsze zapomnę o jakiejś pajęczynie, która będzie wisieć akurat na lampie przy stole. I tak dalej, można wymieniać w nieskończoność.
Jak więc nie oszaleć i jednocześnie przyjąć gości tak, żeby byli zachwyceni naszą gościnnością, domem i kuchnią? Jest na to prosta recepta - planowanie i podawanie mnóstwa przekąsek. "Mnóstwo przekąsek" brzmi jak "mnóstwo pracy". Dwa straszliwe słowa z barbarzyńskiego języka samoumartwienia i przepracowania. Wcale tak nie jest. Możemy przygotować imponującą kolację bez zarzynania się i mieć jeszcze czas na makijaż, lekturę gazety i wypicie drinka przed. Nerwowi dalej będą się stresować, ale przynajmniej będzie to stres bez powodu. Jak więc dojść do tego magicznego celu?
Zacznijmy od opracowania menu. Jest kilka rzeczy, które nie wymagają wysiłku i/lub można je zrobić wcześniej. Możemy zapełnić nimi stół, który będzie czekać na naszych gości. Do mojej stałej listy należą: hummus, baba ghanoush, różne dipy na bazie jogurtu (paprykowy czy gorgonzolowy są banalnie wręcz proste), krojone warzywa, grissini (kupuję je!), focaccia (zawsze znika), nachosy z guacamole, sosem fasolowym, salsą pomidorową i sosem serowym. Jeśli lubimy, możemy upiec quiche. Jeśli lubimy się bawić, możemy podać różne pasty (łososiową, serową, warzywną) na krakersach - pięknie udekorowane ozdabiają stół, a gościom trudno się oprzeć. Jeśli nie umiemy gotować, możemy podać deskę serów czy dobrych wędlin. Oliwki czy migdały uprażone z solą zawsze się sprawdzają. Wielka misa (lub talerz) sałaty wygląda wspaniale i pozwala zaspokoić pierwszy głód bez zapychania się chipsami (których z zasady nie kupuję i nie podaję gościom, bo sama staram się ich nie jeść).
Jeśli jest to dłuższa impreza, warto podać coś na ciepło. Tutaj trzymam się zasady "paciajowej", czyli przygotowuję wcześniej takie danie, które można łatwo i szybko odgrzać. Często są to różnego rodzaju dania indyjskie: dla bardziej zaawansowanych palak paneer (czyli indyjski ser w sosie ze szpinaku) lub (dla niezaawansowanych) curry z soczewicy, marchwi lub dyni. Do dań indyjskich podaję placki z czarnuszką (przygotowuję je wcześniej, smaruję masłem i, zawinięte w folię aluminiową, odgrzewam w kombiwarze, wtedy nie stają się suche), ryż (ryżu "po indyjsku" nie trzeba mieszać, więc wystarczy zniknąć na chwilę w kuchni i włączyć go, a potem wyłączyć i podać), relisz z czerwonej cebuli, sos miętowy (z proszku). Brzmi przerażająco, ale z większością poradzi sobie nawet początkujący kucharz. Można też przygotować makaron (lub gnocchi, ja przyznaję się do robienia ich dzień wcześniej i mrożenia) z sosem (lub sosami). Zimą spory sens ma podanie zupy lub gulaszu, latem można zrobić ratatouille lub podać szaszłyki z grilla (można, oczywiście, wykorzystać grill elektryczny lub patelnię grillową - szaszłyki smażą się chwilę). Dobre są nawet pieczone ziemniaki, bo zaczynamy je piec, kiedy przyjdą goście, a sosy można zrobić wcześniej. Wszystko zależy od tego, ile osób przyjmujemy, jakie są warunki, jaki to typ przyjęcia i na jaki typ kuchni się zdecydujemy.
Co do deserów - zwykle odpuszczam sobie deser. Przygotowuję coś prostego, typu tiramisu, kulki czekoladowe lub jakąś tartę. Owoce zapieczone pod kruszonką, latem lody z owocami - to wystarcza, goście i tak są najedzeni. Poza tym... nie jestem mistrzynią cukiernictwa, więc zdaję się na odwiedzające mnie koleżanki, które zwykle przynoszą coś słodkiego.
I teraz pytanie JAK ja to robię, skoro jeszcze muszę sprzątnąć dom? Cóż, ostatnio zaczęłam zamawiać zakupy (pamiętajcie, że warto też zamówić serwetki czy świece i, w miarę możliwości, kwiaty - czyli całą dekorację stołu). To jest genialna w swej prostocie metoda, naprawdę. Kiedy mam już opracowane menu, odkładam je na tydzień, żeby móc nad niem pomyśleć. Jeśli wciąż mi się podoba po tygodniu, robię zakupy i zamawiam dostawę na dzień przed imprezą, rano. I dzień wcześniej przygotowuję wszystkie sosy (poza guacamole i sosem serowym do nachosów!) i potrawy, które można odgrzać (curry, zupę). W miarę możliwości robię też deser (dlatego dobre jest tiramisu lub creme brulee bez pieczenia). Jeśli chcę podać makaron domowy (zdarza mi się) staram się go zrobić dzień wcześniej (o ile nie są to tortellini). Sprzątam dom i kompletuję zastawę (żeby nikt mi nie zabrudził talerzy czy szklanek), sztućce i pościel z ręcznikami (jeśli goście mają zostawać na noc).
Następnego dnia (w dniu przyjęcia) mam cały ranek dla siebie, więc się obijam. Do kuchni wchodzę na dwie godziny przed przyjęciem i przygotowuję wtedy warzywa (pokrojone szczelnie pakuję i chowam do lodówki), składniki sałaty (lub rzeczy, które potrzebne są do dań przygotowywanych w obecności gości, na przykład ryżu), piekę focaccię (ciasto trzeba wyrobić rano, przyznaję). Jeśli planowałam sery (wędlin nie podaję, mięsożercy przynoszą własne mięso), to przygotowuję deskę serów, zawijam ją szczelnie i chowam do spiżarni (jest tam chłodno, a lodówka zwykle jest w tym momencie pełna). Robię lód, w dużym dzbanku przygotowuję wodę z cytryną (latem dodaję melisę, ale trzeba to zrobić tuż przed przyjściem gości). Nakrywam spokojnie do stołu, piję sobie herbatę, marnuję trochę czasu. Mieszam składniki sosów, które podaje się na ciepło (sos serowy czy sos do makaronu), ale jeszcze ich nie gotuję. Zwykle zbliża się chwila przyjścia gości, więc na stół wylatują z lodówki warzywa i sosy do nich, a focaccia trafia do pieca. Ja znowu się obijam, focaccia wychodzi z pieca i zaraz wkraczają goście.Po pewnym czasie, kiedy uznaję, że moment jest właściwy, wymykam się do kuchni i odgrzewam ciepłe dania.
Uwaga! Jeśli się boisz, że nie zdążysz ze wszystkim, załóż, że goście będą wcześniej o godzinę lub nawet dwie. Przygotuj masę przekąsek, żeby od razu posadzić gości przy zastawionym stole i mieć czas na rozdysponowanie tego, co przynieśli. Jeśli goście przynieśli alkohol, którego zwykle nie pijesz, nie czuj się w obowiązku podawać do niego odpowiednich kieliszków. Serio, ja mam w domu mnóstwo kieliszków do wina, dwa kieliszki do wódki, jedną koniakówkę i jeden kieliszek do likieru. I jakoś żyję.
Rozpisałam się tak, że zdjęcie stołu z ostatniego przyjęcia (skromna kolacja dla siedmiu osób i gospodyni) wrzucę bez obróbki. A co! Gdyby ktoś zainteresowany był konkretnym przepisem, to czekam na komentarze. :)
Na zdjęciu: focaccia (pod białą serwetką), wielka misa warzywa z sosem paprykowym i z gorgonzoli, sałatka nicejska, hummus i baba ghanouh. Same proste potrawy, ale chyba wyglądają zachęcająco. :)
Jak widać, nie kładłam obrusa, bo po prostu go nie mam.