Od kilku dni mieszkam już w Londynie. Oswajam się z nieopisywalnym klimatem miasta, hałasem, lewostronnym ruchem na drogach, życiem w parze i samolotami nad głową. Adaptation in progress.
Długo zastanawiałam się czym dostać się na Wyspę, żeby było szybko, tanio i wygodnie, samolot nie wchodził w grę ze względu na kota i mój kompletny nieobczaj. Zarezerwowałam busa, który przewozi ludzi, paczki i zwierzęta ale ta opcja przedstawiała się dość niepokojąco bo takie busy lubią zjeżdżać z trasy rozwożąc klientów albo paczki po różnych lokalizacjach i rozwlekają podróż do granic kociej możliwości a poza tym niemało kosztują. Na parę dni przed wyjazdem zdecydowałam się na bla bla cara, choć nigdy jeszcze nie korzystałam z tego serwisu i było to najświetniejszym wyborem.
Miałam szczęście bo trafiłam na sympatycznego kierowcę znającego trasę, jadącego stałą prędkością, otwartego na zwierzęta i mnogość bagażu. Jechaliśmy sami więc spokojnie zmieściło się moich 8 toreb a w ostatniej sekundzie wpakowałam jeszcze garnek. Podróż trwała od rana do nocy i przecinała kilka państw ale dobra pogoda i rozmowy uprzyjemniały autostradową monotonię.
Niemcy
Holandia
Belgia
Francja

Transport promowy z francuskiej Dunkierki do angielskiego Dover mieliśmy opłacony na godz. 20, przez drobne trudności wjechaliśmy na statek zaledwie 8 minut przed czasem łapiąc się na ten kurs w ostatniej minucie. Wtedy odetchnęłam bo przez wiele dni i całą drogę zjadałam nerwy nie mając pewności czy odpowiednio przygotowałam kota do przekroczenia brytyjskiej granicy. Rozbieżność informacji w internecie zamiennie wpędzała mnie w śmiech i łzy, polecam więc wszystkim zaglądać wyłącznie na stronę brytyjskiego urzędu i nie sugerować się opowiadaniami ludzi. Przepisy często się zmieniają ale aktualnie, aby legalnie przewieźć kota z Polski do Wielkiej Brytanii potrzebny jest europejski paszport odpowiednio wypełniony przez weterynarza, wszczepiony czip o konkretnym standardzie iso oraz aktualne szczepienie przeciwko wściekliźnie wykonane po zaczipowaniu kota i nie wcześniej niż 21 dni przed podróżą. Dla pewności zrobiliśmy jeszcze odrobaczenie ale prawdopodobnie wymóg ten dotyczy tylko psów. Kontrola polega na przedstawieniu paszportu i sprawdzeniu zgodności czipu przy pomocy wielkiego czytnika, którym samemu trzeba objąć szyję kota (zestresowanego w ciasnej klatce pod siedzeniem), nikt nawet kota nie ogląda.


Pierwszy dzienny widok na Anglię z okna tymczasowego pokoju.
A to już nasze nowe, wynajęte studio.
Mieszkanie ma swoje minusy ale jest przestronne, jasne i wyposażone w najważniejsze agd. Znalezienie względnie taniej kawalerki z możliwością zamieszkania ze zwierzakiem nie było łatwym zadaniem w tym mieście ale udało się i oto jest.
Po przywiezieniu i przed rozpakowaniem...
Dzielny kot w nowym domu...
Fotel znaleziony pierwszego dnia na naszej ulicy.
Śniadanie na stole z kartonów...
Pierwsza wycieczka po okolicach objęła pobliski Lloyd park i Addington Hills. W Anglii wiosna przyszła wcześniej, przed domem rośnie rozkwitnięte drzewo owocowe a na podwórkach żonkile. Przyglądam się nieznanej roślinności.
Z punktu widokowego na Addington Hills przy dobrej pogodzie widać panoramę całego Londynu, my widzieliśmy tylko cienie.
Przekąski w knajpie na Shirley, gdzie faceci w białych koszulach grają jazz do kotleta. Frytki z serem i panierowane pieczarki ze szpinakiem.
Zakupy z najbliższej ulicy sklepowej, popularne bułki korzenne z rodzynkami, masło orzechowe, młoda botwina, kolendra i m.in. quorn, o którym tylko czytałam (wegetariańskie mięso ze specjalnego grzyba).
Śniadanie z ciepłymi bułkami i owsianką z syropem z morwy.
Quorn wylądował w sosie tikka masala na ryżu basmati.
Do centrum dzielnicy mamy ok pół godziny drogi a tylko tam znajdują się tańsze sklepy spożywcze i nie byle jaki targ miejski. Początki Croydon Market sięgają XIII wieku. Tutejsze ceny wydają się być rozsądne, właściwie wszystko kosztuje 1 funta albo 2 za miskę albo porcję. Obok znajdują się też polskie sklepy.
Wczorajsze zdobycze z centrum, niezbędne gadżety kuchenne z poundlandów, jedzonko z budki z wegańskim, etniczym foodem i m.in. radio z dużego charity shopu - dużo tu wszędzie takich sklepów charytatywnych, w których znaleźć można czasem ciekawe naczynia, ozdóbki czy ubrania. Z tego co się zorientowałam polegają one na tym, że miejscowi zostawiają tam niepotrzebne przedmioty, które są odpowiednio wyceniane a zysk wędruje na cele wyższe. Bardzo mnie to raduje bo nie znoszę kupować ciuchów w sieciówkach.
Kanapki ze słynnego gąbczastego chleba brytyjskiego. Wybrałam mniejsze zło i kupiłam pełnoziarnisty, z tylko trzeba emulgatorami i witaminą C do konserwacji :)