Tania żywność i powszechny dostęp do mięsa – w tej walce cywilizacja w końcu zwyciężyła, ale jakim kosztem?

fot. Deva Darshan
Choć dużo się dziś mówi o holistycznym podejściu do życia, a weganizm ze stylizacyjnej mody przemienia się w filozofię życia, starsze pokolenia wciąż zajadają się tatarową i parówkami, na fali nowoczesnej świadomości żywieniowej głośno oczekując, iż będą one w stu procentach z szynki. To właśnie w tych kiełbasianych gremiach pada owo emblematyczne wręcz stwierdzenie notorycznie powtarzane niezaradnym mężom przez ich światłe żony – zjedz mięso, zostaw kartofle! I to wcale nie wywiedziony z wiejskiej legendy suchy żart, bo też jeśli głębiej wsłuchać się w dialektykę tradycyjnej polskiej gościny, skonstatować można, że dla prawdziwego Polaka mięso i kartofle to podstawa wyżywienia, a możliwość zostawienia kartofli świadczy albo o nobilitującej kombinacji podczas gościny albo o całkiem lepszej forsie w domu. Na stole polskiego interioru warzywny aspekt nie istnieje. Bo człowiek to nie koza, żeby zielone jadł. Srom!
Dwa żywieniowe modele – uznającego się za ostoję tradycji obozu marzycieli o mięsnej obfitości stołu, jednocześnie uznającego niewielką acz postępową grupę miłośników jarzyn za nasienie szatana – z grubsza dzielą polskie domostwa mniej więcej tak, jak konkurujące ze sobą w tychże dwa sprzeczne ze sobą poglądy na demokrację, z których wygrywać zdaje się ten bardziej szczodry w nominale niż w ideale, ale skoro to właśnie rozdawane z gestem nominały dają sporej i do niedawna ubogiej populacji możliwość swobodnego pozostawiania kartofli, trudno się dziwić, że wraz z nimi zostawia też idee.
Co ma z tego wynikać? Otóż przede wszystkim jasna odpowiedź na coraz śmielsze poglądy wielkomiejskich ekspertów, którzy wieszczą, iż nadchodzi polski mięsokres i już wkrótce polubimy zielonki oraz kiszonki zaś supermarketowe grzebalniki z kubłów na odpadki przemienią się w ołtarze kulinarnej inspiracji. Niestety takie przekonania ekspertów zupełnie nie znajdują poklasku w interiorze i nawet jeśli spożycie mięsa w Polsce spada, to tylko dlatego, że rośnie spożycie wędlin. To nie są dobre wieści dla zdrowotnej kondycji narodu, bo z czysto żywieniowego punktu widzenia lepiej byłoby na odwrót.

fot. Jonathan Brinkhorst
Rzecz jasna jeszcze lepiej byłoby, gdyby Polska była Szwecją, bo tam spożycie mięsa notuje w tym roku rekordowe spadki i taka tendencja ma szansę się na utrzymanie, bo podczas gdy liczne w dziatwę polskie rodziny zażerają się salcesonem z szynki, Skandynawowie zbierają owoce wieloletnich inwestycji w proekologiczną edukację. Oni wiedzą, że mniej zjedzonego mięsa nie tylko lepiej wpłynie na organizm ale też i odciąży planetę.
Pytam dzieci, „Skąd biorą się pomidory”, a one na to że „z Tesco” – Grzegorz Łapanowski
W Polsce nie widać na taką zmianę najmniejszej szansy. Programy edukacyjne nie mają w zasadzie żadnego znaczenia, bo albo wprowadzane są w sposób niezorganizowany i tylnymi drzwiami przez grupy pasjonatów a przez dzieci odbierane jako fajna acz bezsensowna rozrywka zamiast lekcji, albo w sposób niezrozumiały, kiedy to na fali ministerialnej walki z fast foodem poległy drożdżówki i kanapki. Teraz dzieci przynoszą batoniki i chipsy z domu i pewnie też między innymi dlatego jedna trzecia z nich boryka się z otyłością i nadwagą.

fot. Christiana Rivers
Wszystko to przy akompaniamencie totalnego odwrotu od postu, zjawiska, które w polskiej tradycji istniało od jej zarania. Miast zwiastowanego przez rozkochanych we flat white z soja milkiem influenserów z Mokotowa mięsokresu szykuje się nam niczym niezmącony mięsopust, jeszcze do niedawna zarezerwowany na ułamek kalendarza w pozostałej części zdominowanego przez post.
Wygłodniali biedą zaborów, dekad terroru i okupacji Polacy nie chcą pamiętać o poście w żadnej jego formie. Skoro w końcu żarcie, żarełko i jedzonko jest dostępne bez kartek i innych ograniczeń, to trzeba sobie odbić i nażreć się nim po kokardę. W końcu skoro człowieka stać, to głupi by był, gdyby sobie nie pozwolił. Żyje się raz!

fot. Matthieu Joannon
Jak tu zatem budować jakiś zielony front? Czy poprzez forpoczty ekologów, wegan i cyklistów? Ale przecież nowe elity, same o sobie mówiące w kategoriach współczesnej rasy panów, skutecznie napiętnują, ośmieszają i niszczą te ruchy. Zupełnie nie pomaga też warstwa duchowieństwa. Co kuriozalne, miast mitygować nasze nieumiarkowanie, jeszcze bardziej je podsyca. Czymże innym jest wszak wydana na majowy weekend dyspensa od obowiązku zachowania piątkowej wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych? Komunikat biskupów głosi przecież wprost, iż „dyspensa jest udzielana ze względu na czas sprzyjający spotkaniom rodzinnym i towarzyskim, jakim jest majowy długi weekend, obejmujący w tym roku czas od 28 kwietnia do 6 maja włącznie”. Przecież cukinii na grill Polak nie wrzuci i lepiej niech nie próbuje, bo od tego już krok do homoseksualizmu, a więc wykluczenia ze wspólnoty oraz uszczuplenia wartości niedzielnych tac.
Niemniej problem rosnącego zainteresowania człowieka mięsem wykracza daleko poza aspekty zdrowotne i zanikanie tradycji. Skutkiem zwiększonego zapotrzebowania na tanią żywność jest coraz bardziej drapieżnie rozwijające się rolnictwo przemysłowe (industrial farming), które zatraciło charakter uprawy i hodowli a nabrało cech masowej produkcji. Naukowcy, dziennikarze i obrońcy przyrody biją na alarm, bo dekady intensywnego wykorzystywania zasobów i odczłowieczonego podejścia do hodowli zwierząt, rybołówstwa i łowiectwa zaczynają przynosić dramatyczne w kategoriach etycznych skutki, o których do tej pory nie mówiło się prawie wcale.
Więcej na ten temat w kolejnym odcinku.