Na początku stycznia na Zabłociu rozpoczęła swoją działalność nowa restauracja – siostrzany lokal bardzo lubianego przeze mnie Studia Qulinarnego, którego zawsze chętnie polecamna specjalne okazje, romantyczne kolacje czy spotkania biznesowe. Z niecierpliwością, dużą ciekawością, ale też wysokimi oczekiwaniami wybrałam się więc na Lipową.
Industrial znajduje się tuż obok Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK. Ideą właścicielki było stworzenie restauracji i zarazem nowoczesnej przestrzeni wystawienniczej w celu zapewnienia gościom nie tylko wrażeń kulinarnych, ale też estetycznych. Nie da się ukryć, że przestronne, otwarte wnętrze z przeszklonymi ścianami, wysokim sufitem i zwisającymi z niego obrazami robi wrażenie. Dominuje elegancka czerń, która kontrastuje z odkrytym szarym betonem czy surowymi metalowymi kratami. Jednym słowem mamy nowe oryginalne restauracyjne wnętrze w Krakowie.
Szefem kuchni został Michał Zakrajewski, sous chef ze Studia Qulinarnego, który w Industrialu gotuje w sporej, całkowicie otwartej kuchni. Menu wygląda minimalistycznie i jest stosunkowo niedługie – znajdziemy w nim pięć przystawek i po cztery propozycje zup, makaronów, ryb, mięs i deserów. Są w nim finezyjne, rozbudzające kubki smakowe pozycje, ale są też te bardzo oklepane, takie jak carpaccio wołowe, carbonara, sałatka cezar, crème brulee czy burgery – wszystko to zjemy w pierwszej lepszej restauracji w mieście.
W progu przywitała nas kelnerka z grobową miną – przez moment nie wiedziałam, czy jesteśmy mile widziani (drodzy kelnerzy tego świata, uśmiech nie odejmuje wam profesjonalizmu!). Tego dnia nie było wielu gości i obsługa ewidentnie się nudziła, urządzając sobie pogawędki przy barze. Trudno jednak zarzucić coś kelnerce, która obsługiwała nasz stolik – choć sprawiała wrażenie odrobinę nieśmiałej, była czujna, bardzo sprawna i nie popełniła żadnej gafy.
Zaczęliśmy od przystawek: carpaccio z tuńczyka z kolendrą, czerwonym pieprzem, chipsami z jarmużu i kawiorem cytrusowym (38 zł) oraz kremu z pieczonego buraka z lodami malinowymi (23 zł). Carpaccio okazało się odrobinę za zimne, ale zarówno delikatna tekstura, jak i dobór dodatków, szczególnie orzeźwiającego, kwaskowatego kawioru, były idealne. Podczas gdy lody malinowe rozpływały się w aksamitnym, burgundowym kremie, ja rozpływałam się nad nim – to jedno z tych fenomenalnych dań, o których myśli się jeszcze kilka dni po wyjściu z restauracji. Lody podane w odpowiednich proporcjach i o odpowiednim stopniu słodyczy, w ogóle nie zaburzyły warzywnego kremu, lecz intrygująco się z nim przeplatały.
Schab z dzika (68 zł) dotarł do stołu nierówny – po jednej stronie został nieco przeciągnięty, co wpłynęło na teksturę mięsa, więc sytuację musiał ratować fantastyczny, mięsny, gęsty sos. Mięciutkie, delikatne gnocchi i ugotowana w punkt czerwona kapusta były smacznymi dodatkami, ale to mięso powinno grać tu pierwsze skrzypce.
Płacąc za rybę 67 zł, oczekiwałam czegoś więcej, niż to, co pojawiło się na talerzu – w towarzystwie kaszy pęczak, ugotowanych al dente warzyw (kukurydza, kalafior romanesco, marchew) i, nota bene, świetnego, delikatnego, maślanego sosu beurre blanc. Jadłam w życiu wspaniałe ryby, z głębią smaku, z cudną chrupiącą skórką, z delikatnie rozwarstwiającym się mięsem – sandaczowi tego brakowało i nie zamówiłabym go ponownie. Za taką cenę oczekuję znacznie większej ekscytacji na talerzu.
Gdy przyszedł czas na desery, mój towarzysz zamówił krem brûlée (22 zł), który, choć dla mnie zwykle jest mało oryginalnym wyborem, okazał się z kolei strzałem w dziesiątkę. Z wyczuwalną nutą kardomonu, o aksamitnej konsystencji, w towarzystwie suszonych śliwek o wspaniałym korzennym aromacie i z cieniutką warstwą skarmelizowanego cukru. Równie świetne było mocno orzechowe semifreddo (21 zł) podane z chipsem z karmelu oraz gęstymi emulsjami o smaku miętowym, mango, malinowym i karmelowym. Mięta była ważnym, orzeźwiającym elementem tej kompozycji, choć jej smaku zabrakło w wacie, która zgodnie z menu miała być właśnie miętowa. Na dodatek była niewygodna do jedzenia i ewidentnie brakło pomysłu na jej prezentację na talerzu. Jak dla mnie, mogłoby jej nie być.
Industrial to bez wątpienia bardzo nowoczesne, atrakcyjne wnętrze i przemyślany koncept. Przepiękna ceramika współgra z wnętrzem, a niezwykle starannie złożone dania powodują, że zanim sięgnie się po sztućce, chce się najpierw najeść nimi oczami. Jest to dobre miejsce na randkę czy na świętowanie nieco bardziej specjalnej okazji (rachunek dla dwóch osób wyniósł w końcu 270 zł, bez alkoholu). W niektórych przypadkach przydałoby się jednak więcej emocji wywołanych smakiem – następnym razem chciałabym wyjść z chęcią zamówienia wszystkich dań ponownie (nie tylko przystawek i deserów) i z poczuciem, że były warte swej ceny.
Szef kuchni: Michał Zakrajewski
Plus: wnętrze, spójny koncept, prezentacja dań.
Minus: niedopracowane dania główne, stosunkowo wysokie ceny.
Polecam na: romantyczną kolację, spotkanie biznesowe, specjalną okazję.
Średnia ocena: 4,13 na 5. Jedzenie – 4/5 Obsługa – 4/5 Wnętrze –5/5 Ceny – 3.5/5
*