Weganie twierdzą, że nie szkodzą planecie, bo nie jedzą mięsa. Haniebnie mijają się z prawdą.

fot. Adolfo Felix
Warszawa, parking przed Tesco, szybkim krokiem zbliżam się do wejścia. Mam w planie dosłownie kilka sprawunków, ot, opakowanie bolońskiej mortadeli, kawałek Gruyera, masło i bagietka. Przy stojaku rowerowym moją uwagę zwracają dwie tęczowo ubrane postaci. Luźne bluzy, workowate spodnie, wielokolorowe bandany – zdawałoby się, że dwaj kumple z podwórka, no ale skoro wsiadają na różowy tandem, to może nie?
Rzeczywiście, to jednak dziewczęta, jedna ma na bluzie anarchistyczne naszywki i hasła o wolnych piersiach, druga wizerunek zaciśniętej pięści z wytkniętym fakerskim palcem i hasztagiem MeToo. Zatrzymuję się dosłownie na moment, bo dochodzą mnie skrawki ich dyskusji spożywczej. Obie są w niej zgodne. Mięso? Nigdy w życiu! To przejaw braku szacunku dla przyrody i wspieranie koncernów żerujących na cierpieniu zwierząt. Mowy też nie ma o przecenionej żywności. Brzydzą się przeterminowanym jedzeniem. Na dowód obrzydzenia, wydąwszy pogardliwie usta, zręcznym ruchem wskoczyły na siodełka i, synchronicznie pedałując, odjechały. Z nimi odjechał też i koszyk, w którym podskakiwały awokado, margaryna, tofu i hermetycznie zamykane opakowanie z bezglutenowym pieczywem.

Poczułem się jak niepyszny, jako ten, który wspiera koncerny i żywi się symbolami zwierzęcego upodlenia pod postacią mortadeli, masła i sera. Ale czy słusznie? Co prawda te dwie młode damy o mocno sprecyzowanych poglądach i ewidentnie lewicującym stylu życia, zdają się być przekonane, że pielęgnując swoje wartości przyczyniają się do ocalenia przyrody od zagłady. Jedzą, pedałują i walczą w dziewiczej miłości i pełnej symbiozie z naturą. Ba, nie tylko jej nie szkodzą, ale wręcz pomagają.
To prawda, że hodowla zwierząt wymaga o wiele większych areałów niż uprawy roślin. Generuje też potężne ilości gazów cieplarnianych, całe mnóstwo odpadów i zużywa o masę wody. Jednak czy wybierając produkty z soi zamiast mięsa, smarując chleb margaryną miast masłem a dzień rozpoczynając połówką awokado, rzeczywiście pomagają ekosystemom?
Teoretycznie tak, ale w rzeczywistości mocno w ostatniej dekadzie promowany proekologiczny styl życia, który niektórym konserwatywnym politykom nieodłącznie kojarzy się z wegańskimi cyklistami, prowadzi do zwiększenia popytu na atrybuty tego stylu życia, ot właśnie takie awokado, soję i olej palmowy. Wzrost zainteresowania wybranymi produktami rolnymi, które wszak nie rosną za miedzą, powoduje dramatyczne skutki w miejscach ich upraw, zresztą przez wielu z nas uważanych za raj na ziemi.

fot. Thought Catalog
Oto w Chile biją na alarm, bo plantacje awokado, które cały świat chce zjadać w ilościach nadzwyczajnych, zajmują tu coraz większe obszary, a to doprowadza do sytuacji kryzysowych. Plantatorzy z położonej w północnej części Chile Petorki, gotowi sprostać rosnącemu popytowi na awokado, który tylko w odniesieniu do zamówień z Wielkiej Brytanii wzrósł o 27% na przestrzeni roku, aby nawodnić swoje uprawy budują nielegalne kanały irygacyjne, co prowadzi do zmiany biegu rzek, spadku poziomu wód gruntowych i wysuszania regionu.
Mieszkańcy są zmuszeni do picia wody z beczkowozów, a ponieważ jej stan higieniczny pozostawia wiele do życzenia, choroby układu pokarmowego stały się elementem dnia codziennego miejscowych.
Mimo że organizacje ekologicznie starają się uświadomić importerów awokado o zagrożeniach jakie zwiększone nań zapotrzebowanie powoduje, społeczna świadomość korelacji rosnącego popytu na awokado z jego niszczycielskim wpływem na środowisko pozostaje nikła. W pewnym, choć zapewne mocno ograniczonym, zakresie mogą ją podnosić przetaczające się co jakiś czas przez media społecznościowe kampanie informacyjne ale takie kampanie nie są zapewnią czystej wody ludziom, którzy płacą cenę mitologizacji zielonego owocu przez społeczeństwa zachodu.

fot. Calum Lewis
Podobnie rzecz się ma w przypadku największej wegańskiej miłości, czyli soi, która z roku na rok powiększa swoje rekordy popularności. Zainteresowanie tym strączkiem też nie pozostaje bez wpływu na przyrodę, a rosnące areały jej upraw zaczynają istotnie zagrażać środowisku. Nienaruszone do niedawna południowoamerykańskie obszary bioróżnorodności zaczynają przeistaczać się w sojowe monokultury. Na naruszaniu ekosystemów cierpi cała planeta. Jak skorelowano, wyręb lasów tropikalnych przekłada się na 15% ogólnej emisji gazów cieplarnianych. Aby zaspokoić wegański apetyt na soję, gatunki zagrożone, takie jak jaguar czy mrówkojad, już wkrótce mogą zniknąć z powierzchni Ziemi. Pod ścianą i bez pracy stawiani są tez miejscowi, których prywatne spłachetki pożerają gigantyczne monokulturowe plantacje. W efekcie rolnicy z Brazylii, Argentyny i Paragwaju stają się niewolnikami nowo powołanych obszarników, którym w łatwy sposób udaje się gromadzić potężne areały.
Jednak problemy rosnącego popytu na soję czy awokado jawią się lichą błahostką w obliczu zagrożeń, jakie niesie niewspółmiernie większy wzrost zainteresowania olejem palmowym. O tym tłuszczu źle mówi nie tylko w kategoriach zdrowotnych, ale też i przyrodniczych. Jako najtańszy surowiec tłuszczowy na rynku, do tego ze względu na swoją stabilność i uniwersalność wygodny przy produkcji żywności, stanowi przedmiot gigantycznych transakcji. Obok zysków, jakie generuje, pojawiają się też spore koszty, które zmuszeni są ponosić mieszkańcy obszarów sąsiadujących z plantacjami olejowych palm. W Indonezji masowo wycina się lasy tropikalne, bo nienasycone, choć coraz bardziej otyłe i schorowane, społeczeństwa Zachodu żądają coraz więcej coraz tańszej żywności. A przecież olej palmowy to doskonały dodatek do tak zwanych biopaliw, wszak na Zachodzie panuje teraz moda na oszczędzanie zanieczyszczonego środowiska.
Co tam jeszcze było w koszyku szczebiotliwych dziewcząt? Bezglutenowy chlebek, ale glutenofobia powoli dokonuje żywota, więc pozostawmy ją padlinożercom. Był to wszak chlebek z pewnością nieprzeceniony, bo panienki przeceny żywności brzydzą. Tę przecenioną określają mianem przeterminowanej, choć żaden sklep nie wystawia na przeceny produktów po terminach ich ważności. Gardzić nimi to jak przykładać rękę do rosnącej sterty marnowanej żywności – marnowanej tu i teraz, w sytych, a wręcz przesyconych społecznościach Zachodu, które z przejedzenia zaczynają zapadać na śmiertelne choroby, tym samym goniąc statystyki krajów Trzeciego Świata, gdzie żywności brakuje a ludzie umierają nie z przejedzenia a z głodu.
Owszem, można woleć soję, przedkładać avocado, preferować margarynę – wszystko zupełnie bezkarnie bo w imię ideałów walki o lepsze jutro naszej wspólnej planety – jednak do momentu konfrontacji lekkomyślnej naiwności światopoglądu z faktami i realiami. Po tejże, postawię bowiem pytanie – w czym twój weganizm jest lepszy od mojej kanapki z mortadelą?