Kolejne moje odkrycie ostatnich tygodni jest takie, że najbardziej smakują mi dania, w których warzywa grają główną rolę, od podstaw stworzone z warzyw, a nie takie, które próbują podrabiać mięsne. Oczywiście kocham wegeburgery, lubię czasem zjeść smażone tofu z warzywami i wypasioną zupę pho z wegańskim mięsem. Ale to są zachcianki, na co dzień nie przeżyłabym na parówkach sojowych i wegańskich żelkach.
Staram się gotować z książek kucharskich, ale dramatycznie brakuje mi czasu i cierpliwości na pochylanie się nad przepisem i gromadzenie składników. Piszę tak już chyba od roku, a robię się coraz gorsza - ostatnio otworzyłam Ottolenghiego, zobaczyłam pieczony kalafior z orzechami i na tym się moja inspiracja skończyła - zamknęłam książkę i zrobiłam po swojemu.
2 porcje
pół wielkiego kalafiora (lub jeden mniejszy)
4 łyżki oliwy z oliwek
1 mała cukinia
3 łyżki orzechów włoskich (lub laskowych)
2 łyżki posiekanej kolendry (lub pietruszki)
1 łyżeczka octu winnego
1,5 łyżki syropu klonowego (lub płynnego miodu)
pieprz i sól
Piekarnik rozgrzać do 210 stopni, dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Kalafior podzielić na różyczki mniej więcej równej wielkości (niewdzięczna praca, podczas której drobinki kalafiora lądują wszędzie). Rozłożyć je na blasze, posolić i skropić oliwą(1 łyżka), piec ok. 25-30 minut, aż kalafior będzie złotobrązowy (można przewrócić na drugą stronę w połowie pieczenia). W tym czasie cukinię obrać i ukośnie pokroić w cienkie plastry, wrzucić do miski. Orzechy posiekać drobniej i podprażyć 2 minuty na suchej patelni. Kalafior przestudzić, wymieszać w dużej misce z cukinią i orzechami. Dodać resztę oliwy, ocet, syrop klonowy, pieprz i sól do smaku. Dobrze wymieszać, dodać kolendrę i odstawić na co najmniej godzinę. Jeść z chlebem lub ryżem.