
Ten post będzie pierwszym z kategorii podsumowań, docelowo będą to tygodniowe, ale że zaniedbałam bloga i jednocześnie Was w marcu, więc potraktujcie to trochę jak wymówkę, a że jak wiadomo tłumaczy się tylko winny, a winna zaniedbań blogowych jestem ewidentnie.
Szalony było to dla mnie miesiąc, mój wolny czas oscylował przede wszystkim w granicach ogrodu, który jak wiecie aranżuję. Na dzień dzisiejszy mamy już całą architekturę ogrodową, wszystkie podniesione grządki, nawiezioną ziemię, prawie skończoną szklarnię, prawie, bo producent przewidział uszczelkę tylko na drzwi, a resztę trzeba sobie kombinować lub dokupić, o czym dowiedzieliśmy się w trakcie montażu, więc właśnie czekamy na tą cholerną uszczelkę. Zdążyłam już posiać nowalijki, podsadzić wszystkie krzaki itd., ale o tym w przyszłym tygodniu jak już naprawdę będzie 80% zrobione.

Nie lubię pierwszy trzech miesięcy w roku, no czterech, a to dlatego, gdyż wtedy w pracy mam kociokwik. Chyba Wam o tym nie wspominałam, ale jestem księgową, i początek roku to dla mnie wytężona praca dotycząca bilansu, bleh…. Misiek już wie, że niestety ale 1/4 roku bywam nieznośna, humorzasta i w ogóle fe, ale po prawie 8 latach związku naprawdę można się już przyzwyczaić, przynajmniej tak to sobie tłumaczę.
No waśnie, po prawie 8 latach Misiek dostąpił zaszczytu zostania moim mężem. Broniłam się przed tym rękami i nogami, ale pewne zdarzenie uświadomiło mi, że ja Go nawet lubię, i w sumie niech mu będzie byle by już nie marudził. Impreza była fest, na całe 5 osób razem z nami, czy Ja, Misiek, mała Miśka w świadkowie, trwała całe 10 minut. Jakoś to przeżyłam, ale uwierzcie mi, dla mnie to trauma, już nie będę panienką, co najwyżej rozwódką albo wdową 