
Wydaje mi się, że już wielokrotnie o tym wspominałam, w każdym bądź razie mam uraz z dzieciństwa do wielu potraw, a zwłaszcza do niektórych zup. Nie wiem z czego to wynika, pewnie z tego, że moja mama niestety ale nie lubi gotować, i nie żeby to co gotowała było jakieś ohydne, ale jak ktoś tego nie lubi, to się to czuje w daniach. Nie, żebym jakoś miała pretensje do mamy, nie zrozumcie mnie źle, ale gotowania nauczyłam się sama, bo mama ograniczała swój pobyt w kuchni do minimum, więc często gęsto mieliśmy dania, jak to tata delikatnie ujmował „bardzo przyrumienione”, więc o żadnym wspólnym gotowaniu nie było mowy. O pieczeniu ciast to już w ogóle nie było mowy, bo cały kunszt mojej rodzicielki w kwestii deserów polegał na rozpakowaniu gotowego biszkoptu (wiecie, te niemieckie, okrągłe, w takim złotawym opakowaniu, po którym język szczypał tydzień), zrobieniu kremu z paczki, na to jakiś owoc i galaretka z paczki. To tak w kwestii dziecięcych wspominek. Co do dzisiejszej zupy, to ja chyba raz w życiu jadłam krupnik i na samą myśl o nim robiło mi się słabo, a zupełnie nie pamiętam dlaczego, bo krupnik to w sumie warzywna zupa tyle, że z kaszą (następny w kolejności do odczarowania będzie kapuśniak, brrr). Moja Miśka pokochała tyle tą zupę, że jadła ją trzy dni z rzędu na obiad. No ok, mi też smakuje, nawet bardzo 