Opowiem Wam trochę
o moim wegetarianizmie w latach 90tych, o smutkach i radościach, o tym, że wcale łatwo nie było.
Opowiem Wam o tym dlatego
(że mi się nudzi), że mój post
"Wegetariańskie gołąbki" jest najpopularniejszym postem wszystkich lat prowadzenia mojego bloga.
W roku 1993 miałam całe 4 lata. Wychowana od zawsze na wsi, w dużym domu z dużą rodziną. Dziadkowie mieli kury, kaczki, a wszelkie zwierzęta towarzyszyły mi w chwilach gdy byłam jeszcze jedynaczką, a sąsiedzi z potomstwem jeszcze nie wprowadzili się obok.
Ja i biała kura Dosia - duet niezawodny. Wszędzie razem: na huśtawce, na pikniku w ogródku, gdy grałam w piłkę Dosia "stała na bramce", a gdy Dośka rano znosiła jajko ja już o 5tej rano chodziłam jej dotrzymywać towarzystwa i głaskałam po skrzydełkach. Często gdy rodzice nie wiedzieli zamykałam ją w korytarzu, by pomieszkała sobie w domu i zobaczyła jak to fajnie jest mieć dywan pod łapkami. Fajnie może było, ale mniej fajnie gdy mama dawała mi karę na wychodzenie z domu a sama brała miskę, szczotkę i prała dywan po Dośce.
Moje życie zmieniło się gdy pewnego dnia usłyszałam niepokojący wrzask, wiedziałam, że to Dośka. Gdy zdążyłam dobiec za ogrodzenie, gdzie Dosia w warzywniaku kopała sobie robaczki zobaczyłam dramatyczny widok. Wszędzie pełno białych piór, oddalający się wielki czarny pies i konająca Dośka, która w cierpieniach zniosła jajko.
To zdarzenie przeważyło na tym, że
zostałam wegetarianką, nieświadoma jeszcze, że tak się to nazywa. Przestałam jeść mięso i wszelkie produkty na jego bazie. Przestałam jeść jajka, bo kojarzyły mi się tylko z umierającą kurą.
W wieku 5 lat zostałam wegetarianką i żadne siły nie były w stanie namówić mnie, żebym zjadła cokolwiek, co pochodzi od zwierząt.
Rodzice zaakceptowali moje poglądy i to, że każde zwierzę to dla mnie świętość. Sami jedli mięso, ale nigdy mnie do tego nie zmuszali. Mama zabrała mnie do lekarza, który po wykonaniu wszelkich badań stwierdził, że mój organizm nie domaga się mięsa i nie potrzebuję go jeść.
Mama była najukochańszą mamą świata (nadal nią jesteś :*). Gotowała zawsze osobno dla mnie posiłki. Jeśli robiła zupę pieczarkową, to moją gotowała wyłącznie na warzywach w osobnym garnku. Jeśli gotowała fasolkę po bretońsku, to w mojej nigdy nie znalazło się ani trochę mięsa.
W wieku 7 lat zaczęłam jeść jajka. Nie wiązało się to z niczym spektakularnym w moim życiu. Nawet nie pamiętam jak to się stało, że zaczęłam je jeść. Po prostu chyba sama, któregoś dnia zjadłam nie pytając o zdanie nikogo. Mamie więc było już łatwiej.
Wszyscy wkoło pytali się więc mojej mamy co jem.
Na szkolnych stołówkach przeżywano ze mną horror. Kotlety pakowano mi w serwetkę, żebym wzięła do domu. Ja terroryzowałam kucharki, że nie będę nosić martwych zwierząt w plecaku.

Nigdy nie jadłam rosołu, a mając 9 lat pojechałam z rodzicami na komunię kuzyna. Stół dla dzieci był w osobnym pokoju i jedna z ciotek kuzyna chciała mi nalać rosół. Na moje "nie jem rosołu" zaczęła mnie naciskać "zjedz trochę, jak to nie jesz rosołu? kto to widział?". Wytłumaczyłam jej, że jestem wegetarianką i nie jem mięsa. Ona więc swoje, że nie ma mięsa, że to sama woda i kluski. Nie umiałam argumentować tego mocniej. Gdy wlała mi na talerz chochlę z wrednym "jedz i nie wybrzydzaj", po prostu się rozszlochałam. Rodzice zawieźli mnie do domu - wredne babsko na odchodnym powiedziało, że zepsułam święty dzień kuzynowi. Nikt nie pomyślał o tym, że to ona zepsuła mój dzień.
Nigdy więcej nie doświadczyłam aż tak strasznych przykrości.
Nikt nie namawiał mnie bym na siłę coś jadła. Gdy jeździłam na wakacje do babci czy cioć, one również gotowały dla mnie, lub po prostu jadłam coś bez mięsa.
Nigdy nie jadłam w dzieciństwie prawdziwego hamburgera i hot doga. Jeśli rodzice zabierali nas do jakiejś burgerowni, to mojego steka dostawał tata a ja samą bułkę z warzywami.
Często czułam się jak dziwak. Jednak czerpałam też z tego dziwactwa satysfakcję. Dziś ktoś kto jest wege nie wzbudza sensacji. Ale w latach 90tych nie było to proste. Doszło nawet do tego, że koleżanki mojej babci z kółka różańcowego orzekły, że pewnie należę do jakiejś sekty. Musicie wiedzieć też, że nie było nawet produktów zamienników mięsa, dopiero gdzieś pod koniec lat 90tych zaczęto sprzedawać kotlety sojowe. A gdy ciocia przywiozła mi z Ameryki sojowe parówki i sojowe flaczki w słoiku to podchodziłam do tego jak do jeża, bo nie mogłam uwierzyć, że nia ma nich mięsa i ostatecznie wylądowały w koszu, bo po prostu nie dowierzałam, że to nie prawdziwa parówka :D
Moi rodzice i ja musieliśmy więc odpowiadać na setki pytań. Z czego główne brzmiało:
"Co jesz jeśli nie jesz mięsa?" Co je mała wegeterianka na śniadanie i kolację? (żyjąca w latach 90tych) :D
- kanapki z masłem i warzywami: pomidorem, ogórkiem, rzodkiewką
- pasty jajeczne
- surówki/sałatki na bazie warzyw: pomidory ze śmietaną, mizeria, sałatka grecka itd.
- pasztety warzywne (z selera, z pieczarek)
- jajecznicę
- duszoną cebulę
nie jadłam wtedy ani żadnych płatków, ani owsianek, bo zwyczajnie ich nie lubiłam.
Nie jadłam sojowej wędliny czy parówek, bo ich wtedy nie było w sklepach.
Co jadłam na obiad będąc wege? - do drugiego dania jako zamiennik mięsa jadłam: jajko sadzone, kotlety sojowe, smażony ser po czesku, kotlety jajeczne
- do ziemniaków i kasz jadłam wszelkiego rodzaju sosy: pieczarkowy/grzybowy, cebulowy, serowy, chrzanowy z jajkiem
- kopytka, pyzy, gołąbki z grzybami, pierogi z samą kapustą lub z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, placki po węgiersku, placki z cukinii
- leczo z warzyw (które było moim ulubionym daniem w dzieciństwie)
- spaghetti z samym sosem pomidorowym
- naleśniki z jabłkami, dżemem, twarogiem
Całe moje życie wiązało się z pewnymi utrudnieniami: cały czas sprawdzałam, czy ktoś przypadkowo nie wrzucił mi mięsa do posiłku: łowiłam łyżką zupę z garczka u babci by sprawdzić, czy na pewno nie gotowała na mięsie, podglądałam mamę w kuchni czy na pewno gotuje mi osobno.
Było mi trudno gdy jeździłam na kolonie i obozy, bo musiałam brać ze sobą więcej pieniędzy niż inni na wypadek gdybym na stołówce nie mogła zjeść samych ziemniaków i surówki, gdyby okazało się, że są pierogi z mięsem itd.
Nie byłam najśmielszym dzieckiem świata, ale musiałam przełamywać wstyd podchodząc do okienka, by kaszę podano mi gołą, a nie z gulaszem.
To ukształtowało mój charakter i przyczyniło się do samodzielności. Czy nigdy nie próbowałaś jeść mięsa? Miałam może 8-9 lat gdy mama zaproponowała mi, żebym zjadła parówkę. Nie powiem, nie wydawała mi się ona tak obrzydliwa jak kotlet czy gotowane/pieczone udko. Nie widziałam kości, więc postanowiłam zaryzykować.
Stawka była wysoka: ja parówkę, mama mi 50 zł za jej zjedzenie.
Zjadłam :)
Wstałam od stołu i zwymiotowałam. Nie mogłam znieść tej świadomości, że właśnie zjadłam kawałek świnki czy krówki.

Koleżanka niedawno spytała się mnie co z tymi 50ma złotymi. Nie wiem. Nie pamiętam. Trauma był tak duża, że pieniądze nie miały żadnego znaczenia.
W wieku 12 lat zaczęłam jeść ryby W moim domu ryby jadło się takie, jakie złowił tata. Dla mnie traumatyczne były jego powroty znad rzeki. Wiedziałam, że w bagażniku są ryby, wiedziałam, że będzie je patroszył. Zazwyczaj na ryby jeździł w niedzielę, więc mama odstawiała mnie wtedy do koleżanki czy gdziekolwiek, żebym nie musiała na to patrzeć.
Gdy miałam 12 lat umarł mój dziadek, tata przejął jego obowiązki nad gospodarstwem, a połączenie pracy zawodowej, prowadzenia sadu i jeszcze prac porządkowych w domu i wokół zajmowało mu tyle czasu, że porzucił wędkarstwo.
Wtedy na naszym stole zaczęły pojawiać się filety ze sklepu. Już nie ciążyło nade mną widmo łusek, ości i pływających w wannie ryb. Któregoś dnia się przekonałam, zjadłam i o dziwo... przeżyłam.
Potem był tuńczyk w puszce, śledzie i makrele.
Nigdy natomiast nie zjadłabym pstrąga z grilla, ryby złowionej przez kogoś, sardynki, wędzonej makreli w postaci ryby uprzednio uwieszonej na hak, W wieku 15 lat spróbowałam grillowanego kurczakaUpalne lato i grill nad jeziorem. Miałam szalone 15 lat i choć były to wakacje z rodzicami to z ciotecznym rodzeństwem po kryjomu raczyliśmy się jakimś piwem :P W głowie trochę szumiało gdy kuzynka rzuciła wyzwanie: "jak zjesz udko z kurczaka, które piecze się na grillu to będziesz mogła powiedzieć ratownikowi, że jestem w nim zakochana". Nie mogłam sobie podarować takiej okazji. Wzięłam szczyptę (naprawdę maleńką) mięsa i po prostu połknęłam, a potem zagryzłam je kajzerką i popiłam Colą, żeby nie czuć smaku.
Nie mogę tego nazwać zjedzeniem, po prostu świadomie połknęłam, nie dotykając mięsa zębami. Biłam się potem z myślami, ale nie odcisnęło to żadnych traumatycznych i bolesnych wspomnień
Przez serce do żołądka Po 18stce gdy już kilka lat byłam w związku z P. poszłam do ginekologa a ten po wywiadzie oświadczył mi, że jeśli nie chcę urodzić dziecka z trzema głowami to muszę zacząć jeść mięso. Nie wiem do dziś dlaczego tak mnie głupio nastraszył i co ma wspólnego jedno z drugim, bo wiem że niewiele. Ale zaczęłam powoli przełamywać swoją niechęć do mięsa.
Duży udział miał w tym mój narzeczony, któremu zależało na tym, bym zaczęła żyć nie tylko dla siebie, ale też z tą perspektywą, że kiedyś będziemy mieć dzieci.
Moja decyzja była wynikiem miłości :) Podobnie jak ta o przejściu na wegetarianizm.
Zjadłam kotleta z piersi, kebab, placki z gulaszem po węgiersku, hamburgera w McDonaldzie.
Nie umarłam,
nadal kocham zwierzęta i wiem, że nie przestałam ich kochać tylko dlatego, że postanowiłam jeść mięso. Nadal nie wchodzę do mięsnego, bo nie cierpię tego widoku i nie znoszę tego zapachu
Czy stałam się mięsożercą? Nie i nigdy podejrzewam nim nie będę. Jem od czasu do czasu mięso, co zdarza się około 2-3 razy w tygodniu włączając już w to wędlinę na kanapki.
Jem ryż z piersią kurczaka i warzywami raz w tygodniu i w niedzielę grillowany filet z kurczaka.
Raz w tygodniu jem wędlinę na kanapki.
Zdarza się, że czasem zjem udko pieczone, schab czy wołowinę w sosie lub kotleta mielonego.
W wakacje od czasu do czasu zjem kiełbasę z grilla, wyskoczę ze znajomymi na kebab czy pizzę w której będzie bekon lub salami.
Nigdy nie zjem natomiast pasztetowej, kaszanki, wątróbki, żołądków, karkówki, pieczonego i jakiegokolwiek boczku, skwarków ze słoniny, koniny, baraniny.
Nie zjem galarety czy to z kurczaka czy nóżek.
Nie zjem zupy gotowanej na kościach.
Nie zjem żeberek.
Nie przepadam za pierogami z mięsem, nie jem nadal zup na mięsie: rosołu czy krupniku.
Nigdy nie zjadłabym żadnej potrawy jeśli nie byłabym pewna jakie mięso w sobie zawiera.
Nie jestem smakowym fanem mięsa i jem by dostarczyć różnorodnych składników odżywczych mojemu organizmowi.
Jeśli dziś nagle mięso przestałoby istnieć nie byłoby mi przykro z tego powodu nawet na moment.
Coraz częściej chodzi za mną myśl, by znów przestać jeść mięso.
Czasem jednak ta obawa zasiana przez lekarza gdzieś kłębi się w mojej głowie.
Mentalnie wciąż jestem wegetarianką.