Pamiętam czasy, kiedy zaproszenie na jakąkolwiek uroczystość rodzinną wiązało się z dużym wyzwaniem! Trzeba było zdobyć adekwatny prezent... a to nie było łatwe... Sklepy były zaopatrzone raczej skromnie. Towar słaby. Różnorodność raczej mała, Jak już zdobyliśmy coś, co naszym zdaniem zasługiwało na uwagę, to musieliśmy liczyć się z faktem że ktoś inny, zaproszony na to samo spotkanie też to kupił. Zdarzały sie takie przypadki. W najlepszym wypadku, były to przedmioty w róznych kolorach. Ale zdażało sie też, ze były identyczne :) Taka loteria! Trafi, nie trafi :) Czasem Para Młoda po ślubie rozpakowywała prezenty i na wspólna drogę życia mieli kilka identycznych zegarów, lamp, wazonów. Jak się trafiły identyczne komplety pościeli czy ręczników, to się mówiło - A przyda się. Tego nigdy za dużo...
Moja mama po kilku latach imprez urodzinowych miała w kredensie pokaźną kolekcję termosów, kompletów do kawy, salaterek i pater na ciasta... Niestety, jak się to mówiło "każde z innej parafii". Takie to były czasy... :)
Dzisiaj mogę kupić to, czego potrzebuję, nawet bez wychodzenia z domu. Mogę mieć wszystko o czym zamarzę, pod warunkiem, ze mam pieniądze. Nie ma problemu, żeby kupić komuś przydatny dobry jakościowo prezent. Takie to teraz czasy... :)
Takie i inne myśli krążą mi wokół głowy, gdy ręce mam zajęte tzw. twórczością kuchenną. Gdy obieram truskawki, dryluję wiśnie lub łuskam strączki grochu. Dżem, soki, przetwory... Wszystko trafia do słoików lub zamrażarki. Kolorowe smakołyki wyglądają tak kusząco! Aż się proszą, żeby je przewiązać wstążką i podarować komuś, kto się nimi zachwyci. Bo miło jest otrzymać w prezencie coś, czego nie kupi się w sklepie. Coś, co jest niepowtarzalne, pyszne i zdrowe.