Przez większość tygodnia praca porywa mnie bez reszty, a że pracę mam dość brudną i wysiłkową to wracam wrażeniami przesycona. Ale kiedy już przychodzi dzień wolny staram się spożytkować go na przyjemnościach. Szczęśliwie, nie jestem jeszcze w tym wieku, żeby leżeć cały dzień z nogami w górze, jeśli tylko angielska pogoda dopisze, wynurzam się choćby na oszczędne godziny z domu, aby jednoczyć się z miejską przestrzenią. Wiosna w tym celu niezwykle mile widziana.


Co robić samemu przez cały dzień na offie? na luzie wybrać się w miejskie centrum, na spacer lub do kawiarni a potem wrócić z jakimiś siatkami, wbić się w wygodne getry i poddać relaksie. W swoim rodzinnym mieście raczej miałabym opory żeby samotnie odwiedzić pub czy kawiarnię, ale życie w nowym lub dużym mieście samoistnie pozbywa większości oporów. W Polsce od zawsze panowało przekonanie, że wielu rzeczy robić nie wypada bo od razu zaskutkują przylepieniem ci jakiejś etykiety. W tym roku mam zamiar w 100% się z tego obłędu wyleczyć, pozbyć nieuzasadnionych blokad i zbędnych ograniczeń, i kiedy trzeba chodzić sama w tak wiele miejsc ile mi się podoba. Dla przykładu na górze kawa w osiedlowej kawiarni tramwajowej, na dole kanapka z wegetariańskim kotletem w Subwayu.

Wycinek z cyklu: zakupomania --> kosmetyki z nasion konopii a wśród nich wymarzony krem do rąk, z którym już się nigdy nie rozstanę i chyba najprzyjemniej pachnący balsam do ciała Nivea, co odkryłam po długich i nużących poszukiwaniach. A z przypraw lubuję się teraz w sumaku.
Ostatnie funciaki ze starej wypłaty zmaterializowały się w rewelacyjną, brightonowską książkę kucharską, jednorazowe kubki kawowe (żeby zabrać sobie do parku), wino o smaku śliwkowo-jeżynowym, kartkę dla babci i koszulkę dla chłopaka.
a tu powstaje prezentowa paczka-niespodzianka
Do następnego offa! :)