Dopiero co pisałam o
brazylijskich bułeczkach drożdżowych z batatami, a tu kolejne: brazylijskie bułeczki serowe. Zupełnie inne, wytrawne, wyraziste w smaku, bez zakwasu i bez drożdży i bez żadnych innych spulchniaczy, podobne do ptysiów. Na bazie tapioki, z mnóstwem sera żółtego.
Dziewczyny skrupulatnie i sprawiedliwie podzieliły bułeczki między nas wszystkich, pilnując każda swojego "przydziału", a to oznacza, że naprawdę były dobre:-).
Brazylijskie bułeczki serowe - Pão de queijo
1 szklanka pełnego mleka
1/2 szklanki oleju
1 łyżeczka soli
2 szklanki tapioki
2 jajka
1 szklanka parmezanu (inny ser też może być, sprawdziłam:-))
W garnuszku wymieszać mleko, olej i sól, podgrzewać do zagotowania, zdjąć z ognia i wsypać tapiokę. Wymieszać dokładnie, aż tapioka się wchłonie. Ciasto nie będzie gładkie, lecz ziarniste i galaretowate, taki wielki glut, który mnie dość przeraził na początku. Ale wystarczy przełożyć masę do misy miksera i potem idzie jak z płatka, ciasto stopniowo, w ciągu kilku minut robi się gładkie. I nieco ostygnie.
Jajka roztrzepać i dodawać stopniowo do masy (sprawdzić, czy nie jest już gorąca!), cały czas miksując. Dodać starty ser. Przestać miksować, gdy ser się wchłonie.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Gotowe ciasto powinno być bardzo lepkie, ciągnące i miękkie. I było, przyklejało się do wszystkiego, z moimi rękami włącznie. Całe szczęście nie trzeba bułeczek formować dłońmi, wystarczy łyżka, podobno dobrze wychodzą łyżką do lodów, a może rękaw cukierniczy?, ale nie sprawdzałam. Ja nakładałam łyżką każdorazowo moczoną w wodzie.
Piec w piekarniku rozgrzanym do 220 st. C. Po włożeniu bułeczek zmniejszyć temperaturę do 175 st. C. Piec 25-30 minut, aż urosną jak ptysie i lekko się zrumienią. Ja piekłam nawet 35 minut, ale zależy to od piekarnika.
Bułeczki można jeść na ciepło, wtedy są najsmaczniejsze, ale po wystudzeniu też doskonałe.