To była ciemna, burzowa noc. Gniewne pomruki czarnych chmur kłębiących się nad obnażonym szkieletem Stadionu Śląskiego zwiastowały grozę. Czające się ostrza błyskawic - wpierw jakby niepewnie (obliczając siłę uderzenia i odległość, wszystkie parametry potęgujące przerażenie), potem z coraz większą śmiałością przecinały niebo. Z rozszarpanych obłoków spływały - coraz szybciej i szybciej - zmieszane łzy i krew bogini Nut. Wtem...
A nie, przepraszam, to nie ta opowieść.
To był cichy, choć pochmurny poranek. Szare niebo rozjaśniało się miejscami, na krótkie chwile rzucało nieśmiałe uśmiechy w kierunku dłoni otulonych bambusowymi włóknami. Gdzieniegdzie błyskało ostrze nożyczek, pracujących niespiesznie, powoli. Jak najdelikatniej, z namaszczeniem...
Jeden pomponik, drugi pomponik... Zaskoczone upadają na kolana, bezszelestnie lądują na posłaniu z materiału i ludzkiej skóry. Jeszcze tego nie wiedzą, ale nikt nie spisał ich na straty, przydadzą się pewnemu plemieniu (ale to już zupełnie inna historia...).
Hackuje się meble z Ikei, "dewastuje się" nowe przedmioty, by nadać im indywidualny charakter, uczynić niepowtarzalnymi.
Na ten konkretny kocyk od La Millou chorowałam od kiedy dowiedziałam się, że spodziewam się drugiego dziecka. Koniecznie szary, zwłaszcza z pomarańczowymi pomponami - przez długi czas przekonana byłam bowiem, że pomieszkuje we mnie mały Franciszek, chłopczyk, który zamieszka ze swoim bratem w jednym pokoju, więc ewentualną wyprawkę (cały czas unisex) dobierałam nieco pod obecne królestwo Małego Johna - a ten kocyk idealnie komponował się z jego kolorystyką.
Potem okazało się, że miejsce Franciszka zajmuje... dziewczynka.
Nie mam doświadczenia w byciu mamą córki! - żaliłam się mężowi, kiedy opuszczaliśmy gabinet lekarski. Mój szósty (czy inny w kolejce) zmysł zawiódł, a w brzuchu rozpychała się pewna panna - uparcie dawała o sobie znać. Z dnia na dzień rodziła się we mnie mama dziewczynki, co najdobitniej dotarło do mnie w momencie, gdy przyjrzałam się wybieranym dla Małej przedmiotom: coraz częściej pojawiał się
róż - pudrowy i zgaszony róż, miejscami poprzetykany złotymi nitkami... Kurde-blaszka, Mała Księżniczka! - a tak się zarzekałam, że nigdy-przenigdy-never-ever!
Na szczęście nie był to obrazek zza różowych okularów, cały skąpany w klejącej barwie gumy balonowej (spróbuj potem wyplątać taką z włosów), a rzeczywistość, wobec czego moja chwilowa panika i poczucie, że tracę grunt pod nogami były... lekko mówiąc, przesadzone. Wiedziałam jednak, że pomarańczowe pompony nie pasują.
Nic-a-nic, jak skomentowałoby moje pierwsze dziecko.
Nadszedł czas na zmiany. Na... szare pomponiki z filcu. (Które mieliście okazję spotkać
TUTAJ.)
Rach-ciach i gotowe! Za namową męża - bo sama nie umiałam się zdecydować - do czarnej filcowej kuleczki dołączyła czarna. Dzięki temu kocyk nie jest taki monotonny, monochromatyczny.
Kocyk BAMBOO TENDER od La Millou posiada kaptur, który był tak samo ozdobiony jak jego pozostałe rogi: pomarańczowym pomponem. Postanowiłam nieco wyróżnić akurat tę jego część i przyszyć tam coś innego, większego od filcowych kuleczek.
Pierwotnie myślałam o złotym akcencie (tak, tak, znów wybieg w stronę księżnikowatości, szalona ja), w trakcie przymiarki uznałam jednak, że nie był to najlepszy wybór. Królewska ozdoba zawisła więc... na choince.
Jej miejsce zajął... szary, milutki pompon z pseudo futerka (jego beżową odsłonę mogliście podziwiać
TUTAJ).
Nie wiem, czy to wersja ostateczna, marzy mi się pomponik z różowej
(Znowu! Co jest ze mną nie tak!?) i złotej włóczki, taki ukłon w stronę Marii Antoniny.
Efekt końcowy prezentuje się tak (testerem i modelem był dzielny i wytrwały Mały John; późniejsze szaleństwo w kocyku siostry sprawiło mu zresztą ogromną frajdę ;)):
Niektórzy mogą stwierdzić, że kocyk pozbawiony akcentów kolorystycznych jest nudny i nijaki, ale mnie zdecydowanie bardziej podoba się właśnie taka wersja.
Co sądzicie o tej metamorfozie? I hackowaniu czegoś innego niż meble z Ikei? ;)