Gdy czasem oglądam
"Kulinarne podróże z Guyem Fierim"
intrygowała mnie pasja tamtych restauracji i wszelakich barów,
do kanapek, polewanych sosami mięsnymi.
Jakoś mi to nie pasowało,
buła przełożona mięsem i zalana mokrą miksturą.
Myślałam sobie, że o ich domena, a nie nasze klimaty.
Jak bardzo byłam w błędzie, przekonałam się niedawno,
wertują archiwa ze starymi przepisami.
Gdy tylko zobaczyłam ów przepis, wiedziałam że muszę go zrobić.
Raz aby podzielić się z Wami, a dwa aby udowodnić sobie,
że nigdy nic nie wiadomo, kto co wymyślił
i gdzie to jadano.
Ja postanowiłam zelżyć odrobinę tę kanapeczkę
i zamieniłam karczek na udziec z indyka bez skóry i tłuszczu.
Tłuszczu też dałam odrobinę, aby tylko mięso się zrumieniło,
a później to już rosołem podlewałam.
Dwie cebule pokroiłam w plasterki i gdy mięso odpoczywało sobie
na talerzu, usmażyłam ją do miękkości na tym co
powstało podczas obróbki mięsa.
A dalej to już postępujemy jak w przepisie podano.
Bułeczki fajnie jak są takie dwudniowe, świeże się nie nadają,
zrobi się zwyczajna mokra klucha.
A bułka powinna zrobić się delikatna i wilgotna, ale nie rozmoknięta.
Mięsa też nie pokroiłam w plasterki tylko poszarpałam widelcem.
Od siebie też dodałam plasterki korniszona.
Na dolną część idzie odrobina sosu i cebula,
przykrywamy środkową częścią bułki, na to kleksik sosu,
mięso i ogórek.
Wierzch można jeszcze udekorować samą cebulą.
Wszystko powinno być ciepłe, aby pieczywo naszło aromatami
i się lekko zaparowało.
I muszę przyznać, że mimo obaw stara bułka smakowała jak
świeża i do tego nieźle wypasiona.