
Czyli w 6 etapach o tym jak zostałam weganką, jak radziłam sobie z wprowadzaniem diety roślinnej, z czym miałam problem i co mi się nie podobało. O chwilach zwątpienia i o wypracowanej dojrzałości w weganizmie.
Etap 1. Od filmu o fokach do weganizmu
czyli jak to się wszystko zaczęło
Około 7 lat temu, z powodu okropnych zaburzeń smaku wywołanych lekami, przestałam jeść mięso. Nie była to decyzja na tle etycznym, ani zdrowotnym. Każdy przyzna, że powód był bardzo przyziemny. Idea wegetarianizmu długo była mi bardzo odległa; nie widziałam nic złego w noszeniu skórzanych rzeczy, czy kupowaniu pędzli z włosia naturalnego. W tym względzie nic się nie zmieniało aż do końca liceum.
W klasie maturalnej, długo odwlekając moment przygotowania się do egzaminu dojrzałości, oglądałam na potęgę „Przyjaciół” (w języku angielskim, żeby stłumić wyrzuty sumienia „przygotowaniem do matury z angielskiego”), a jak już skończyłam ten 10-sezonowy tasiemiec, przerzuciłam się na „The Ellen Degeneres Show”. Byłam tak zauroczona i tak zafascynowana prowadzącą, że kiedy usłyszałam, że jest weganką, postanowiłam temat bliżej zbadać. O weganizmie wcześniej oczywiście coś słyszałam, ale do tamtej pory myślałam, że to sposób życia dla ludzi w odległej Californii, którym (nie przebierając w słowach) „w dupach się poprzewracało”.
I tak obejrzałam proponowany przez Ellen film „Earthlings”. Jeśli nie wiecie o czym jest, to w ogromnym skrócie i bardzo ładnych słowach: o wykorzystywaniu zwierząt i ich przedmiotowym traktowaniu. Oczywiście zasmarkałam cały koc, którym raz na jakiś czas się zasłaniałam przed okropnymi widokami. Rodzice w drugim pokoju nie mogli zrozumieć, czemu świadomie oglądam coś tak nieprzyjemnego. Ten film zasiał we mnie pewnie jakieś ziarenko, ale jeszcze nie potrafiłam zrezygnować z jaj i nabiału, które w tamtym czasie stanowiły OGROMNĄ część mojej diety.
Filmem, który mnie ostatecznie przekonał, był film dokumentalny o polowaniu na foki w celu zdobycia ich skór… Czemu akurat to było motorem do takich zmian w moim życiu? Nadal nie wiem ;)
Teraz będzie część pocieszająca osoby, które chcą przejść na dietę roślinną, ale im to nie wychodzi. Z tak mało przemyślanym tematem, zupełnie nieułożonym w głowie i absolutnie zerową wiedzą na temat tego z czego powinna się składać dieta roślinna, to pierwsze podejście zupełnie mi nie wyszło. Przez tydzień-dwa jadłam chleb z twardą margaryną (oczywiście teraz wiem, że nie jest ona wegańska…) i pomidorem, a na obiady warzywa z patelni. Dopiero po kilku miesiącach, kiedy więcej poczytałam, dowiedziałam się podstawowych informacji, a kwestie etyczne ułożyły mi się jako tako w głowie, udało mi się przejść na dietę roślinną, którą kontynuuję do dzisiaj.
Etap 2. Nauka życia na nowo
czyli początki roślinnego gotowania i jedzenia
Myślę, że ten etap dobrze kojarzą wszystkie osoby, które z dnia na dzień kompletnie zmieniły swoją dietę. Czy to ze względu na wprowadzenie diety bezglutenowej, czy np. wegańskiej. Zupełnie nie wiedziałam, co mam gotować. Przez pierwszych kilka miesięcy wierzyłam jeszcze gorliwie, że nie będę musiała jeść strączków, których wtedy nie cierpiałam. Próba mleka sojowego też okazała się fiaskiem. Kochałam smak mleka krowiego tak bardzo, że kiedy miałam po raz pierwszy spróbować napoju sojowego, zadzwoniłam do przyjaciela po wsparcie mentalne. Po pierwszym łyku z obrzydzeniem stwierdzałam, że smakuje jak rozmoczona gazeta. Dzisiaj oczywiście smaki mi się zmieniły i z kolei zapach podgrzewanego mleka krowiego mnie mdli.
Jednak mimo wszystko starałam się nauczyć na nowo gotować to, co umiałam kiedyś. Podeszłam do sprawy tak: „Co chcę zjeść? Aha, ok. To w takim razie jak mogę roślinne produkty wykorzystać w ten sposób, żeby uzyskać taką konsystencję, czy określoną postać?”. Nawet mi się to udawało. Stąd pomysł, żeby założyć bloga. Chciałam się dzielić swoimi odkryciami z osobami, które tak, jak ja, starają się nauczyć kuchni roślinnej. Oczywiście nie wszystko wychodziło mi tak, jak chciałam. Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy znalazłam przepis na sos czosnkowy z wykorzystaniem rozgotowanego makaronu. Pierwszy kęs był traumatyczny.
Etap 3. Jak bardzo wegański powinien być mój weganizm?
czyli gdzie postawić kreskę
Założyłam bloga i zaczęłam gotować najlepiej, jak potrafiłam. Z perspektywy czasu jestem w stanie powiedzieć, że to właśnie Vegan Corner w największej mierze przyczynił się do tego, że nauczyłam się gotować, inspirować się smakami i używać fantazji w kuchni.
Jednak zagłębiając się w środowisko wegańskich blogów i for internetowych, nie raz byłam zbijana z pantałyku. Wydawało mi się, że co chwilę kolejna osoba mi mówi, które produkty nie są wegańskie i że nie powinnam ich używać. Zaczęło się od kostek bulionowych, potem dowiedziałam się, że niektóre barwniki nie są wegańskie, że witamina D w margarynach też je przekreśla. Potem były alkohole, kosmetyki, ubrania, buty, chemia gospodarcza, soki owocowe, karmy dla psów, a nawet prezerwatywy. Na początku starałam się zapamiętywać kolejne rzeczy, które nie są wegańskie. Do czasu.
Nie wiem, jak Wy, ale dla mnie często reakcją na takie ograniczenia jest bunt – myślę, że to całkiem naturalne. Tak więc w pewnym momencie zwątpiłam. Czy musiałam na bieżąco akceptować wszystkie niuanse, które znajdowały się codziennie na wegetariańskich forach, żeby nadal móc się nazywać weganką? Czasami mi się wydawało, że ktoś bez mojej zgody zgłosił mnie na konkurs na najlepszego weganina roku i chciał rozliczać ze wszystkich uczynków i zakupów.
Jestem osobą, która we wszystkim lubi się kierować rozsądkiem i własnymi wypracowanymi opiniami. Postanowiłam nie przyjmować czyichś definicji weganizmu z góry. Postanowiłam dać sobie przestrzeń do tego, żebym w każdej decyzji związanej z dietą, czy wyborami konsumenckimi odnalazła własny sens i akceptację. Wolałam patrzeć się na większy obrazek, robić tyle, ile mogę. Zdawałam sobie chyba sprawę z tego, że gdybym podeszła zbyt rygorystycznie do weganizmu, długo bym w nim nie wytrwała.
Etap 4. Nabiale, ty wredna bestio.
czyli o okresie zwątpienia
Będę tutaj bardzo szczera.
Od dziecka w mojej diecie było bardzo dużo nabiału, dorastałam przy rodzicach, którzy uwielbiali wino i sery pleśniowe. Możecie powiedzieć, że większość osób tak ma. Może i tak, ale mi z czasem zaczęło ogromnie brakować serów. Żaden roślinny substytut nie potrafił tego we mnie uciszyć. Zaczęłam się męczyć z dietą, a tego uczucia bardzo nie lubię. Nigdy nie kupowałam sobie nabiału do domu, ale zdarzało się, że w restauracjach wybierałam dania z serem. Później miałam okropne wyrzuty sumienia, cała byłam rozdarta. Wydawało mi się, że straciłam spójność, że jako blogerka kuchni roślinnej jestem hipokrytką. To był niefajny czas.
Przez moment moja dieta roślinna się na tyle „rozluźniła”, że zaczęłam się zastanawiać, czy ma jeszcze jakiś sens. I chyba dopiero wtedy, kiedy zadałam sobie właśnie to pytanie, doszłam do wniosków, które do dzisiaj sprawiają, że ze swoją dietą roślinną czuję się już dobrze i spokojnie.
Wiem, że nie tylko ja mam ten problem. Jako dietetykowi, dużo osób mi się przyznaje, że odczuwa „chwile słabości”. Jednak nikt się otwarcie nie dzieli takimi problemami. Wcale się nie dziwię. Wyobraźcie sobie, jaką burzę rozpętałoby napisanie na wegańskim forum, że ma się wątpliwości, albo że komuś jest ciężko poradzić sobie z chęcią na jakiś niewegański produkt…
Etap 5. Spokój duszy
czyli znalezienie swojego miejsca w weganizmie
Z czasem doszłam do kilku ważnych wniosków.
Po pierwsze stwierdziłam, że jako weganie możemy się różnić między sobą i to jest ok
Nie musimy wypracowywać wspólnego zdania we wszystkim i nie we wszystkim musimy się zgadzać. Ten wątek będę chciała bardziej rozwinąć w innym wpisie.
Po drugie wiem, że ludzie dzielą się na wiele różnych grup pod względem podejścia do zmian w żywieniu
Są osoby, które bardzo łatwo podejmują decyzję o np. wyeliminowaniu jakiegoś produktu ze swojej diety i bez problemów będą utrzymywać takie postanowienie na co dzień w żelaznej konsekwencji. Jednak jest to raczej nieliczna grupa. Są osoby, które na ograniczenia będą reagowały podświadomym buntem (np. przy przejściu na dietę będą odczuwały większą, niż zwykle chęć na słodkie). Są osoby, które dopiero po przemyśleniu i zracjonalizowaniu zmiany, będą w stanie się jej podjąć. I to jest zupełnie normlane. Jesteśmy różni, więc nie musimy reagować na zmianę diety w ten sam sposób.
Po trzecie dałam sobie przestrzeń do potknięć
Dokładnie tak. Prawie pół roku temu podjęłam decyzję o przejściu na dietę bezglutenową. Była to okropnie ciężka decyzja. Gorsza niż wyeliminowanie mięsa i ryb z diety, czy przejście na weganizm. Ja bardzo lubię gluten. Chcąc podejść do tej zmiany z głową i postarać się dać sobie jak największe szanse na utrzymanie takiej restrykcji, musiałam obmyślić plan. Stwierdziłam, że dietę bezglutenową dam radę utrzymać przez lata, dopiero wtedy, kiedy (zwłaszcza na początku) dam sobie przyzwolenie na małe „potknięcia” raz na jakiś czas. W ten sposób byłam świadoma, że pomimo przejścia na dietę bezglutenową, nie pozbawiam się do końca życia tradycyjnego polskiego chleba, czy oryginalnej włoskiej pizzy. Kiedy doszłam do takich wniosków dotyczących diety bezglutenowej, spadło na mnie, jak grom z jasnego nieba, że do swojej diety wegańskiej też potrzebuję takiego podejścia.
Dałam sobie przestrzeń do tego, żeby raz na jakiś czas zjeść coś z nabiałem: na urodzinach bliskiej osoby zjeść kawałek niewegańskiego tortu, u rodziny, która starała mi się zrobić wegetariański posiłek, ale niekoniecznie wyszedł wegański – zjeść go, podczas podróżowania po świecie spróbować tradycyjnego, lokalnego posiłku, który następnie będę mogła zweganizować… Czy takie podejście musi się podobać wszystkim i przez wszystkich być akceptowane? Jasne, że nie. Jeśli bez trudu, bez „potknięć” realizujecie dietę wegańską, to super! To jest jednak mój własny, wypracowany system, który pozwoli mi na pozostanie na diecie roślinnej pewnie do końca życia.
Po czwarte staram się pamiętać o większym obrazku
Czy to jest ok, że nazywam się weganką, a raz na jakiś czas jeszcze zjem coś niewegańskiego? Moim zdaniem to jest ok. Może właśnie takie podejście spowoduje, że kiedyś, bez problemu będę w stanie powiedzieć, że przestrzeganie diety roślinnej na 110% przychodzi mi naturalnie i bez wysiłku. A zanim ten moment nadejdzie staram się być najlepszą weganką, jak potrafię. Staram się szerzyć dietę roślinną i jako kucharka i jako dietetyk. W moim zawodzie też nie weganizuję wszystkich pacjentów. Uświadamiam na temat żywienia roślinnego, staram się przyczynić do tego, żeby ludzie jedli mniej mięsa, a więcej warzyw. Każdy taki krok się liczy. Nie każdy musi być perfekcyjny i idealny, ale po prostu w dobrą stroną.
Na swojej lewej ręce mam tatuaż: „By changing nothing, nothing changes”
Etap 6. Co będzie dalej?
czyli o tym, że coś się jeszcze pewnie zmieni
Kochani, to już prawie koniec tego ogromnego tasiemca. Jestem ciekawa, czy ktoś tutaj dotarł ;) W tym ostatnim podrozdziale chciałam tylko wspomnieć o jednej małej, ale ważnej rzeczy. Cała moja droga do podejścia, które na dzisiaj rozumiem jako „mój wegański racjonalizm” trwała około 5-6 lat. Bardzo możliwe, że jeszcze dużo rzeczy mi się pozmienia. Może rzeczy, które dzisiaj są jeszcze nie do końca poukładane w mojej głowie, wpadną z czasem na swoje odpowiednie miejsce.
Moim zdaniem ludzie się ciągle zmieniają. Każdy dzień sprawia, że dojrzewamy i się rozwijamy. Zmiany są w porządku, są normalne. Grunt, żeby były w dobrą dla nas stronę
Diana
Artykuł Moja droga do racjonalnego weganizmu pochodzi z serwisu Vegan Corner.