Gotowanie wyjazdowe, piknikowe, „wynośne” – toż to cała odrębna dziedzina wiedzy! Szczególnie wtedy, kiedy nie toleruje się kanapek. A ja, niestety, nie mogę ich znieść. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak to się dzieje. Przecież w domu jem kanapki. Robię puszne kanapki. Z pysznymi dodatkami. I pyszną częścią zasadniczą. Ale te kanapki od razu robią się wstrętne, kiedy tylko je zapakuję. Taka magia. I to robią się wstrętne niezależnie od opakowania. Za to wszystkim innym smakują. Tylko dla mnie są… wstrętne.
I dlatego, jeśli już muszę zabrać ze sobą jakieś jedzenie, nie biorę kanapek. A co pakuję do piknikowego kosza (torebki/plecaka/pudełka śniadaniowego)? Cóż, trzy główne rodzaje posiłków: sałatki, bułeczki lub muffinki i pasty do zjedzenia z pieczywem (i/lub warzywami).
Zacznijmy od pierwszej grupy, czyli od sałatek. Do zabierania ze sobą najlepiej nadają się sałatki bez sałaty – ja zwykle wybieram wersję fasolową (mam dwie ulubione – z fetą i papryką lub z selerem naciowym), z groszku i pieczarek lub po prostu zwykłe sałaty, które jednak trzeba specjalnie pakować – sos oddzielnie, sałata w dużym pojemniku, reszta dodatków albo razem z sosem, albo jeszcze oddzielnie. Tego się nie da wymieszać w autobusie czy pociągu, więc jest to raczej wersja do pracy lub na piknik. Jeśli sałatka ma nam dostarczyć energii na cały dzień, to sałata z winegretem może się raczej nie sprawdzić. Za to solidna porcja sałaty z groszkiem i pstrągiem, z łososiem, w wersji „okołonicejskiej”, a nawet z dodatkiem ziemniaków i parmezanu – jak najbardziej.
Grupa druga to bułeczki i muffinki. Bułeczki wytrawne, sprawdzające się jako przekąska w pracy (lub dodatek do sałaty czy zupy) naprawdę nie są trudne w przygotowaniu. Zacznijmy od tego, że można do nich dodać domowego pesto wymieszanego w proporcji 1:4 z serkiem ricotta (czyli na 1 łyżkę pesto dodajemy 4 łyżki ricotty – tylko uważajcie, ricotta łatwo tworzy łyżki „kopiaste”, a pesto już jakby mniej chętnie działa w ten sposób). Kiedy mamy już pesto-mieszankę, po prostu robimy wgłębienia w uformowanych już bułeczkach, a potem nakładamy po łyżce mieszanki i zostawiamy bułeczki, żeby ładnie rosły. Można też, oczywiście, zaszaleć – przygotować calzone (wcale nie są trudne w przygotowaniu, za to doskonale smakują i na ciepło, i na zimno) lub wytrawne muffinki. Wytrawne muffinki w ogóle dają spore pole do popisu, bo można je doprawiać wedle smaku – robić wersje ostre, serowe, ziołowe, paprykowe – co tylko się lubi. Przy bułeczkach i muffinkach pasują mi też tarty i quiche (czyli tarty, których nadzienienie zalano sosem z jajek i śmietany i potem zapieczono). Każdą tartę można przygotować w wersji "na wynos", jeśli tylko mamy odpowiednio małe foremki do ciasta. A przepis? Wystarczy przepis na dużą tartę, np. brokułową z porem lub quiche'a z porami.
Na koniec zostawiłam różne pasty – humus i baba ghanoush (tak, o te przepisy znajomi pytają mnie najczęściej, a ja nie mogę się zebrać i zdradzić publicznie wszystkich moich sekretów), ale też twarożek z ziołami (lub szczypiorkiem i rzodkiewką), pasta rybna, pasta jajeczna (no dobrze, te nie do końca mogą się sprawdzić w podróży). Sosy jogurtowe też są super, ale musimy wiedzieć, że lepiej jednak jeść je w bezpiecznym miejscu przy stole, bo spędzenie długiej podróży z wielką plamą na biuście (lub na brzuchu) może jednak trochę popsuć nastrój. A co do past? To już od nas zależy. Na pewno polecam warzywa – pokrojoną w słupki marchew, selera naciowego, świeżą, młodą cukinię (bez skórki), ogórka, maleńkie pomidorki, surową paprykę (jeśli ktoś może i lubi). A jeśli uważamy, że posiłek wymaga pieczywa, możemy je zrobić (np. focaccię lub bułeczki), kupić lub… zastąpić waflami ryżowymi lub „fińskimi dachówkami” (czyli niewielkimi kawałkami suchego pieczywa żytniego, które jednak nie smakuje jak zrobione z popiołu, na szczęście, w Polsce można kupić „fińskie dachówki” tylko firmy Finn Crisp). W każdym razie możliwości „pastowych” jest mnóstwo i wydaje mi się, że to dobre rozwiązanie dla osób, które nie jadają kanapek. Poza tym, jeśli ktoś lubi kanapki, ale tylko świeżo przygotowane (to chyba ja), może sobie taką kanapkę zrobić z pasty. Będzie tylko potrzebował plastikowego noża i pokrojonych już warzyw. Da się? Da się!
Zastanawiałam się co zrobić z "zawijańcami", w końcu, w trakcie podczepiania linków, stwierdziłam, że nie mogę z nich zrezygnować. "Zawijańce" to po prostu przekąski zwinięte w tortillę lub w papier ryżowy. W tortillę można zawinąć wszystko, co nadaje się do kanapki, chociaż ja najbardziej lubię tortille z krewetkami lub z twarożkiem, łososiem i awokado. Dobrze zapakowane tortille można bezpiecznie przewozić. Drugim podgatunkiem "zawijańców" są "rolki" (spring rolls bez smażenia). Uwielbiam je. Kocham. Ubóstwiam! Przygotowuję je z łososiem, awokado, sałatą lodową i kolendrą, ale można je robić z krewetkami, kurczakiem, warzywami. Są pyszne i nadają się też dla osób na diecie bezglutenowej. Do tego (nie powinnam była tego mówić, wiem) wyglądają bajerancko i mają +5 do efektu "co to jest, jak to zrobiłaś, dasz spróbować?!", co mnie osobiście sprawia pewną przyjemność. Szczególnie, że przygotowanie "rolek" jest proste, jeśli tylko trochę poćwiczymy zwijanie i sprawne szykowanie składników.
I na koniec coś, o czym nie wolno zapomnieć. Pudełko na żywność powinno być super-ekstra-ultra szczelne. Jeśli mamy jakiekolwiek wątpliwości, zawińmy je dodatkowo w folię lub w torebkę. Nie zapominajmy o serwetkach! Serio, ludzie, użycie serwetki nie sprawia, że mężczyźni tracą męskość, a kobiety muszą zawsze być damami. Serwetka za to pozwala mieć czystą paszczę, chroni przed okruszkami i w krytycznej sytuacji pozwala zebrać to, co wypadło z pojemnika (byle nie z paszczy) lub wysuszyć to, co się rozlało. Serwetka jest dobra. Pakujcie serwetki. I, czego czytelnikom Rad chyba nie trzeba przypominać, nie kruszymy, nie świnimy i generalnie staramy się nie być odrażający, kiedy jemy. (Tak, to niezbędny element zrzędzenia.)
A na koniec… cóż, jeśli mamy siłę (i miejsce w torbie/plecaku), możemy sobie nalać ulubionej kawy lub herbaty prosto z termosu i zjeść małe ciasteczko lub kawałek czekolady. Bo kto nam zabroni?