Kilka dni temu pojechałam z siostrą pochodzić trochę po stolicy, a niezbędnym punktem takich wycieczek jest odwiedzanie miejsc z wegańskim jedzeniem. Akurat dobrze się złożyło, że na jednym z kanałów na youtubie usłyszałyśmy o miejscu z wegańskimi lodami, a że jest ono trochę oddalone od centrum, miałyśmy okazję do spaceru i odkrywania nowych warszawskich ulic. Tak więc na pierwszy punkt trasy wyznaczyłyśmy niedawno otwartą Vegestację, oferującą przepyszne lody, całkowicie roślinne ;)
VEGESTACJA
ul. Puławska 38, Warszawa
Gdy dotarłyśmy na miejsce, pomimo wybicia godziny otwarcia, na skutek nocnej awarii lody nie były gotowe na czas, więc zmuszone byłyśmy poczekać kilka minut. Wnętrze jest małe, ale jak ktoś bardzo chce usiąść, może wykorzystać dwa leżaki, ustawione w środku, oczywiście jeśli nie będą zajęte. Oczekując na wybrane wcześniej smaki porozmawiałyśmy z bardzo miłą właścicielką, przez co dowiedziałam się, że wszystkie lody są robione tylko z naturalnych, roślinnych składników, na miejscu, a bazą większości z nich jest mleko ryżowe. Dostępnych jest kilka smaków będących w stałej ofercie, a dodatkowo ciągle pojawiają się nowe - więcej bieżących informacji można znaleźć na
fanpegu na fb.  |
| Niestety nie udało mi się zrobić zdjęcia całej tablicy ze smakami, ale trochę zawsze widać :) |
Lody można zamówić zarówno w plastikowym pojemniczku, jak i w waflu. Obydwie z siostrą wybrałyśmy lody kokosowe, a do tego ja wzięłam wanilię z cynamonem, a Magda czekoladę. Wszystkie smaki były bardzo udane - w waniliowych czuć było prawdziwą wanilię (jest ona w nich obecna w postaci pasty) i mleko ryżowe, kokosowe były esencją kokosowości (smak ten mogę trochę przyrównać do kokosanek), a czekoladowe, które spróbowałam od siostry, były idealne, jeśli dobrze pamiętam trochę nesquikowe ;)
Czuć, że lody były naturalne - nie doszukałam się w nich krztyny chemiczności, a dany smak doskonale odzwierciedlał ten zapowiadany. Przy tym cechowały się one kremową strukturą, zupełnie jak zwykłe, robione na śmietance. I gdyby nie to, że po lodach jest mi zimno, wzięłabym 4 porcje, ale na pewno przy każdej okazji będę to miejsce odwiedzać. A może kiedyś właściciele otworzą większą lodziarnię, w której będzie można usiąść i zamówić lodowy deser, np. z kokosową śmietanką :)
Zjadłszy lody poszłyśmy do kolejnego miejsca, tym razem z wegańskimi burgerami. Zazwyczaj roślinne burgery jemy w Krowarzywa i to miejsce odwiedzamy dosyć często, ale stwierdziłyśmy, że najwyższy czas spróbować czegoś nowego, więc padło na Chwast Food.
CHWAST FOOD
ul. Waryśnkiego 9, Warszawa
Wnętrze nie napawało mnie optymizmem, bo nie jestem zwolenniczką miejsc z tak dziwnym wystrojem. Jednak przyzwyczaiłam się, że wegańskie miejscówki takie właśnie są - być może większość osób na diecie wegańskiej lubi siedzieć na oponach czy odwróconych skrzynkach, ale ja (pewnie dlatego, że ciągle jestem wegetarianką) wybrałam leżak, a gdyby było tam jakieś krzesło, z pewnością usiadłabym właśnie na nim - tak wiem, burżuj ze mnie ;)
 |
Jak widać sceneria była bardzo zróżnicowana - usiąść można było zarówno na oponach (z miękkim elementem w postaci poduszki), skrzynkach lub leżakach, a jako stół służyły głównie skrzynki, jednak i odwrócona pralka się znalazła (tak mi się wydaje, że to właśnie pralka...) |
Choć wnętrze mi się nie podobało, nie nastawiałam się źle - w końcu burgery mogły się okazać pyszne, może nawet lepsze niż w Krowie...
Wybrałam burgera buraczanego w grahamce z sosem czosnkowym i pastą z cieciorki, siostra z kolei zdecydowała się na grzybowego z sosem czosnkowym i chyba musztardowym, dodatkowo z wegańskim serem. Zamówiłyśmy także bardzo smaczny sok marchewkowo - jabłkowy. Więcej opcji widać poniżej, a jeszcze więcej można przeczytać na
fanpagu na fb.
 |
| Źródło zdjęcia - https://www.facebook.com/chwastfoodwawa/ |
Na zamówienie nie czekałyśmy długo, ok. 10 minut, ale trafiłyśmy w godzinę, w której nie było dużego ruchu. Dostałyśmy nasze burgery, ulokowane na blaszkach do pieczenia, niestety bez sztućców, więc konsumpcja nie była łatwa. Ja od razu rozdzieliłam danie na czynniki pierwsze wiedząc, że nie jestem w stanie ugryźć całości bez ubrudzenia się, a też nie chciałam obciążać mięśni poruszających żuchwą.

Najpierw spróbowałam grahamki, przyjemnie chrupiącej, ale dość słonej, umoczonej w sosie czosnkowym i obłożonej niewielką porcją warzyw. Sos mnie nie zachwycił - miał konsystencję smalcu, a żadnej czosnkowości w nim nie dostrzegłam. Zjadłszy wierzch burgera przystąpiłam do konsumpcji środka, czyli pokaźnej grubości kotleta buraczanego. Okazał się on jeszcze bardziej słony niż bułka, nie byłam w stanie stwierdzić z czego poza burakiem się składa, jedynie wizualnie wyodrębniłam spory dodatek ziaren. Kotlet był naprawdę tłusty i stwierdziłam to nie tylko smakiem, ale i poprzez ręce, które świeciły się jak po posmarowaniu ich masłem shea. W końcu przyszła pora na dolną część grahamki, posmarowaną dość grubą warstwą hummusu, z przyklejoną do niego sałatą. Hummus był bardzo smaczny, najmniej słony spośród wszystkiego i do podgrzanej bułki pasował świetnie. Była to bez wątpienia najlepsza część kanapki i dobrze, że zostawiłam ją na koniec.

Podsumowując, burger mnie nie zachwycił - był zbyt tłusty i słony (nadmiar soli czułam do końca dnia, moja siostra podobnie), ale na co dzień nie jem smażonych rzeczy i prawie nie solę, więc mój odbiór smaku nie jest całkiem obiektywny - najlepiej spróbować samemu, tym bardziej że wiele osób uważa te burgery za lepsze niż u konkurencji. Jedynym plusem było to, że wegański ser obecny w burgerze siostry się stopił, poza tym i jej doskwierał nadmiar soli i tłuszczu. Być może inny burger, z innymi sosami okazał by się smaczniejszy, ale ja sprawdzać tego nie będę i przy najbliższej ochocie na burgera pójdę do Krowy -tamtejsze kanapki jak dotąd mnie nie zawiodły, a i wnętrze lokalu jest przyjemniejsze ;)
Jeśli macie jakieś doświadczenia z tymi miejscami, koniecznie napiszcie w komentarzach ;)