Przeglądałam ostatnio swojego bloga. Czytałam stare wpisy, oglądając niezdarnie przyrządzone potrawy i koszmarnie sfotografowane jedzenie. Nie żebym teraz robiła to dobrze, ale mam wrażenie, że jest lepiej.
Niemniej... Czytam bloga i jestem czasami nieźle poruszona kwestiami, które poruszałam w postach, czasami zażenowana zbyt osobistymi wpisami, choć teraz brakuje mi na blogu wynurzeń, na które kiedyś częściej sobie pozwałam. Chciałabym, aby to co tu robię wyróżniało się nieco. Nie chcę prowadzić kolejnego bloga kulinarnego i nie chcę sprowadzać go tylko i wyłącznie do jedzenia. Ciężko jest mi jednak znaleźć czas, aby dzielić się czymś więcej. Jestem dużo bardziej zajęta, niż kiedyś i zdecydowanie bardziej zmęczona, aby dzielić się tym, co mnie spotyka. Mam też poczucie, że mogę zatracić granice i odkryć przed osobami, które tu zaglądają zbyt dużo z mojego osobistego życia, a prywatność trzeba chronić.
Zaczytuję się jednak w postach. Śmieszy mnie ta nadmierna dojrzałość przeplatająca się z dziecięcą naiwnością. Widzę, że pogubiłam się w ciągu tych lat tyle razy i tyle samo się odnajdywałam, że aż miło, bo to daje mi nadzieję, że jak znowu pobłądzę to nie stanie się nic strasznego i koniec końców wszystko powróci na miejsce...
Wiecie, myślę sobie, że teraz za każdym razem, gdy piszę o sobie to robię to po to, aby dać Wam pozytywnego kopa, aby zmotywować. Chciałabym się dzielić tymi pozytywnymi momentami, bo choć tak naprawdę pewnie te gorsze chwile bardziej nas motywują, więcej nas uczą, to jednak jeżeli chcemy wpłynąć motywująco na innych lepiej wykorzystywać pozytywne bodźce i dobre historie. Takie, które kończą się happy endem w każdym razie.
Jestem blogerką, więc aby robić dobrze to, co robię powinnam czytać blogi, oglądać zdjęcia, szukać i inspirować się u innych. Jednak ekstremalnie rzadko zaglądam na cudze blogi. Jeżeli już tak robię to są to te, które należą do znajomych, przyjaciół. Tak bardzo chciałabym być oryginalna i nie ulegać wpływom innych, że boję się, że gdy zacznę czytać innych i podglądać ich zdjęcia to podświadomie będę kopiować, mówić nie swoim językiem i patrzeć nie swoimi oczami.
Natomiast inspiracji szukam w życiu codziennym, w podróżach, w jedzeniu na mieście, a nawet w warzywniaku. Dużo bardziej lubię książki kucharskie, nawet te bez zdjęć. Często sama nazwa i składniki potrawy wystarczą, abym potrafiła ją odtworzyć i wiedzieć, czy to jest coś, co lubię.
Doświadczenie przychodzi z czasem i miło jest wiedzieć, że mam coś na czym się znam.
Sushi po grecku to żadna nowość, ale mój pomysł sprzed chyba ponad 5 lat. Zrobiłam je wówczas podczas, gdy gościłam u mojej starszej siostry, zarówno w jej domu, jak również na jej blogu, który na samym początku próbowałyśmy prowadzić z moimi trzema siostrami wspólnie. Niestety nie udało się tego projektu pociągnąć, gdyż ja zajęłam się
Hello Morning, a dwie pozostałe nie złapały bakcyla.
Sushi po grecku pojawiało się w moim rodzinnym domu podczas Świąt Bożego Narodzenia kilka lat temu. Spośród wszystkich wariacji na temat "wegańskiej ryby po grecku" ta wydaje się być najciekawszą i jest naprawdę dobra. W dodatku nie zawiera kosmicznych składników i nie jest trudna w przyrządzeniu. Ma jeszcze jedną bardzo, bardzo ważną zaletę. Świetnie prezentuje się na stole podczas kolacji.
W tym roku postanowiłam przedstawić moje sushi nieco szerszej publice. Nie tylko podjęłam się ponownej publikacji receptury w przestrzeni internetowej, ale również przygotowałam je na Wegilę we wrocławskiej Vedze.