Dzisiaj było ciepło. Nawet bardzo. Taplając się w rozpalonym, azbestowym zaduchu (no niestety, zanim zamieszkam w naszej drewnianej wójtówce, to jeszcze trza się pomordować w bloku, będącym szczytowym osiągnięciem stanu wojennego) pomyślałam, że zjadłby coś chłodnego… niebanalnego… może z tchnieniem Orientu?
I zmajstrowałam sałatkę tabbouleh, którą robiłam już parę razy, ale nigdy nie z kaszą jęczmienną. Swojska nuta wzięła się z kategorycznej odmowy H&C pójścia do sklepu po kuskus (oni nie lubią tej sałatki), więc wzięłam to, co było pod ręką. Bo kaszę perłówkę mam zawsze.
To tabule wg mnie jest jeszcze lepsze niż z pszenną kaszką, spróbujcie sami.
SKŁADNIKI (orientacyjnie, bo każdy sam sobie reguluje, ile czego): szklanka kaszy perłowej (średniej),
2 duże pomidory,
4 ogórki gruntowe,
średnia czerwona cebula,
3 ząbki czosnku,
pół pęczka pietruszki,
pół pęczka mięty,
sok z cytryny,
oliwa,
pieprz, sól.
WYKONANIE: kaszę ugotować na bardzo sypko (ja robiłam tak, jak tu, tylko zamiast masła nieco oliwy, no i zalewałam osoloną wodą). Ogórki wydrążyć z pestek (niestety, mają w nich za dużo wody), takoż pomidory i skroić je w kostkę. Cebulkę i natki drobniutko posiekać. I tu dygresja: w ortodoksyjnych receptach jest dużo więcej natki, ale już to obadałam: jej duża ilość powoduje, że potrawa jest dla mnie zbyt gorzka. Nie wyobrażam sobie, jak można jeść praktycznie samą natkę, jak widać po niektórych zdjęciach na blogach.
Czosnek przecisnąć. Kaszę wymieszać z warzywami, skropić oliwą i cytryną wg uznania, dopieprzyć i ewentualnie dosolić. Smak ma być kwaśny i taki rześki, dzięki ogórkowi, mięcie i cytrynie. Ja lubię sobie jeszcze dołożyć oliwki albo kapary, coby dodać rzazu.
P.S. A potem przyszła burza i się ochłodziło. Ale nie wątpię, że tropiki jeszcze nam dadzą w kość :-D