Zerwane kwiaty zostawiamy na godzinę w ciemnym miejscu, rozłożone w miarę płasko. Najlepiej na gazecie. Pozwoli to nam pozbyć się niechcianych lokatorów, którzy również uwielbiają żółty kolor. Następnie płuczemy na sitku i wrzucamy do gara. Zalewamy wodą, tak by przykryć kwiaty. Zagotowujemy i dosypujemy cukru. Ile? To już sprawa indywidualna. Jeśli dasz więcej cukru, to syrop będzie gęstszy. Jak dla mnie można przyjąć, że na litr wody dodaję szklankę cukru. Tyle mi wystarcza, by syrop nie był gorzki, tylko służył do słodzenia herbaty. Do wyparzonych słoiczków czy butelek wrzucam kilka listków mięty i melisy, kilka kawałków imbiru i pomarańczy ze skórką. Następnie zalewam przecedzonym, ale gorącym syropem. Zakręcam i pasteryzuję, dla pewności. Na zimowe wieczory, będzie jak znalazł, choć przyznam szczerze, że zazwyczaj go nie starcza, bo dość często go używam. Tak jak syropu z pędów sosny, na który też już jest pora.