
Uwielbiam podróże, ale wybrałam zawód, który nie daje mi wielkiej swobody przemieszczania się po świecie. W każdym razie na chwilę obecną. Wciąż przecież pozostaje otwarta kwestia Lekarzy bez granic… Temat powraca jak bumerang, więc kto wie, kto wie. Tymczasem jednak pozostaje mi najzwyklejszy na świecie urlop. W tym roku odwiedziłam stolicę Portugalii – Lizbonę oraz zieloną wyspę Terceirę, o której opowiem innym razem.
Niby podobne, a jednak całkiem różne
Czy Portugalia ma coś wspólnego z Polską? Nazwę, która rozpoczyna się na tę samą literę alfabetu. Podobnie, jak w Polsce, najpopularniejszą dyscypliną sportową jest piłka nożna, a dominującą religią katolicyzm. Polacy mają Matkę Boska Częstochowską, Portugalczycy Fatimską. Myślę, że przynosi ona Portugalczykom więcej pieniążków, niż Matka Boska Częstochowska i Licheńska razem wzięte, bo każdy sklep z pamiątkami zarówno w samej Lizbonie, jak i na Azorach wypełniony jest maryjnymi obrazkami, podobiznami i figurkami, od takich wielkości zapałki, po takie rozmiarów wyrośniętej dwulatki. Fani kiczu, pasteli i plastiku są tam wniebowzięci… Dosłownie i w przenośni. Aż dziw, że na deptaku Rua Augusta, ulubionej ulicy turystów nie udało nam się spotkać mima przebranego za Matkę Boską Fatimską…
I na tym w sumie skończyłabym moją listę podobieństw pomiędzy Polską i Portugalią. Na swój sposób kraje podobne, a jednak całkiem różne. Nie chodzi tu tylko o szerokości geograficzną i klimat. Dla mnie, zagorzałej weganki i aktywistki, ciekawe jest to, że w Portugalii odsetek wegan i wegetarian jest naprawdę znikomy i wynosi zaledwie 0,03%, czyniąc ten kraj najbardziej mięsnym w całej Europie. Przypomnę, że w Polsce osoby stosujące diety roślinne stanowią około 5%, a w niektórych grupach wiekowych dochodzą nawet do 10%. Nic dziwnego, że Warszawa pod względem ilości roślinnych knajp bije Lizbonę na głowę. Jest to swego rodzaju paradoks, bo powszechnie uważa się, że kraje południa powinny być bardziej owocowo-warzywne, a tu klops. W kuchni portugalskiej zdecydowanie dominują ryby i ta się odczuć na każdym kroku.
Pomijając jednak niedobór wegan, w Lizbonie można się zakochać.



Co na Happy Cow piszczy?
W takim razie co robiłam w Lizbonie? Czy trafiłam do wegańskiego piekiełka? Bynajmniej. Zanim zdecydowałam się na portugalskie wakacje sprawdziłam dobrze, co w trawie piszczy. Jak zawsze przed wyjazdem przejrzałam wegańską „scenę jedzeniową” za pomocą wyszukiwarki Happy Cow, którą polecam Wam serdecznie. Lizbona nie porywa w kosmos, bo stricte wegańskich miejsc jest zaledwie dwadzieścia. Dla porównania w Warszawie znajdziemy aktualnie blisko pięćdziesiąt w pełni roślinnych miejsc. Oczywiście trzeba brać poprawkę na to, że Lizbona jest znacząco mniejsza od stolicy Polski i wielkością bliżej jej do Poznania, od którego z kolei wypada znacznie lepiej w wyszukiwarce Happy Cow. Poznań może poszczycić się zaledwie czterema w 100% roślinnymi miejscami i nawet w porównaniu z innymi polskimi miastami wypada słabo. Szkoda, bo pamiętam czasy, gdy to miasto miało spory roślinny potencjał. Może przyjdzie jeszcze czas na Poznań…

Roślinne perełki
W Lizbonie spędziliśmy w sumie siedem dni. To całkiem sporo czasu, aby poznać miasto zarówno od strony w pełni turystycznej, jak i tej codziennej, bliższej mieszkańcom. W stolicy najbardziej mięsnego kraju w Europie szukaliśmy roślinnych perełek.
Miasto dla twardzieli
Lizbona nie jest dla mięczaków i słabeuszy. To miasto dla miłośników gór i wspinaczki. Troszkę ironizuję, ale trzeba przyznać, że nasza całkiem dobra kondycja bardzo się przydała podczas miejskich wędrówek i określanie „płaska jak stół” raczej do Lizbony nie pasuje. Oczywiście pełno tu słynnych tramwajów, jest metro czy też lekko komiczne tuktuki, które podrzucą w najbardziej istotne turystycznie punkty, my jednak zazwyczaj pokonywaliśmy miasto na własnych nogach, sporadycznie korzystając z komunikacji miejskiej. Moim ulubionym sposobem na podróżowanie i poznawanie miejsc jest właśnie spacerowanie. Punkt A czy B nie jest dla mnie aż tak interesujący, jak to, co mogę spotkać po drodze. Lubię czuć klimat miasta, obserwować nie tylko turystów, ale stałych mieszkańców. Lubię odkrywać miejsca, o których nie piszą przewodniki. Zawsze chodzę własnymi ścieżkami i piszę własne scenariusze. Tak było i tym razem.

Targ złodziei
Dlatego nie mogłam sobie odpuścić wizyty na lizbońskim pchlim targu. Po portugalsku nazywa się Feirra da Ladra, czyli Targ Złodziej i jest to jedna z najciekawszych atrakcji Lizbony. Znajduje się znajduje się na obrzeżach pięknej dzielnicy Alfama, swoją droga najstarszej dzielnicy Lizbony. Targ obywa się we wtorki i soboty. Zaczyna się około szóstej rano, a zwija w granicy piętnastej.




Wakacje to czas na relaks
Postawiliśmy na relaks, bez poczucia, że musimy zobaczyć wszystko. Na dobrą sprawę nawet połowy nie potrzebowaliśmy. W końcu stolica Portugalii położona jest tak niedaleko i jest tak dobrze skomunikowana z Polską, że właściwie można się tam wybrać chociażby w jakiś przedłużony weekend. Warto pozostawić sobie coś do zobaczenia przy innej okazji. To miejsce, do którego się wraca. Wpada na chwilę, zamawia kawę w jakimś kiosku na jednym z uroczych placów, gapi na ludzi, wcina kawałek pizzy, łapie słońce i produkuje nieco witaminy D, a później wsiada w samolot i jedzie dalej lub wraca do domu.
Swoją drogą wspomniane kioski z kawą i innymi trunkami, nie tylko takimi soft, to ważny i stały element lizbońskiego krajobrazu. Tutaj ramię w ramię spotykają się turyści i rdzenni mieszkańcy miasta. Wypijają kawę, wcinają słynne, niestety niewegańskie pasteis de nata i dyskutują.


Lizbońskie klasyki
Nie byliśmy aż takimi non-konformistami, nie omijaliśmy wszystkich turystycznych miejsc szerokim łukiem. W końcu jest jakieś must see, które wypada i myślę, że warto odhaczyć. Odwiedziliśmy najbardziej znane turytom miejsca Lizbony: zamek św. Jerzego, katedrę Se, klasztor Heronimitów, Torre de Belem czy Pomnik Odkrywców.




Jednak najbardziej lubię się po prostu włóczyć
Dlatego wędrowaliśmy, spacerowaliśmy i bacznie przyglądaliśmy się wszystkiemu wokół. Lizbona jest przepiękna i bardzo klimatyczna, więc jest co podziwiać.

A jak się włóczyć to koniecznie po wspomnianej już dzielnicy Alfama…



Lizbona nocą
Lizbonę trzeba również poznać nocą. Cudownie jest być w miejscu, gdzie w listopadzie wystarczy jedynie narzucić na siebie bluzę i już. Żadnego opatulania się w tonę ciuchów. Jest ciepło i przyjemnie. Można siedzieć na ławce i gapić się na otaczający świat. Najlepiej. Taki późny sierpień albo ciepły wrzesień w Polsce.







FLORA LIZBONY
Polecam odwiedzić lizbońskie ogrody botaniczne. Do wyboru mamy kilka miejsc: najstarszy Jardim Botânico da Ajuda, tropikalny Jardim Tropical w Belém, Estufa Fria w Parku Edwarda VII oraz Uniwersytecki Ogród Botaniczny w dzielnicy Principe Real. Ten ostatni w trakcie naszego pobytu był akurat w zamknięty. Spośród wymienionych miejsc wybraliśmy Estufa Fria, który zachwyci każdego miłośnika i miłośniczkę roślin. Znane nam dobrze i uprawiane przez nas w doniczkach paprocie, monstery czy grubosze osiągają tam naprawdę imponujące rozmiary.






FAUNA LIZBONY
W Lizbonie na każdym kroku natrafialiśmy na zwierzęta. Poza wałęsającymi się wszędzie kotami, były kury, pawie, gęsi, psy…


![]()