
Czas najwyższy abym przedstawiła Wam wszystkie moje zwierzaki, na które mówię moje zoo. Przy takiej ilości zwierząt jest naprawdę sporo pracy, wszędzie pełno sierści, więc odkurzam dwa razy dziennie. Niezliczone ilości wybuchających legowisk, podrapanych foteli, zasikanych podłóg, a do tego miliony monet na jedzenie i opiekę weterynaryjną. Jak wiecie, na co dzień pracuje jako księgowa, co niestety ma swoje przełożenie ma moje życie prywatne. A wygląda to tak, że pierwsze co robię w dniu wypłaty to płacę wszystkie rachunki niezależnie od terminu płatności, a z tego co zostanie kupuje na cały miesiąc od razu karmę dla mojego zoo, bo wychodzę z założenia, że ja mogę jeść przysłowiowy suchy chleb, ale moje zoo musi być nakarmione i to w pierwszej kolejności. Wracając do domu wszystkie na mnie czekają pod drzwiami i często jeszcze w płaszczu napełniam wszystkie miski, co doprowadza moje Miśki do szału, bo są najzwyczajniej w świecie zazdrośni. Pierwsze pół godziny po moim powrocie jest szczek, pisk, miauczenie, śpiewanie. Podsumowując wstęp, moje domowe zoo składa się aktualnie z 7 zwierzaków, więc co miesiąc kupuję średnio 40 puszek mokrej karmy dla psów (20 kg), 5 kg suchej psiej karmy, 60 małych puszek kociej karmy (jakieś 12 kg), i 5 kg suchej karmy, 4 żwirki (12 kg), karma dla papugi i świnki to już pikuś bo jakiś 1 kg. Co daje mniej więcej 60 kg, czego nie jestem w stanie na raz przytargać do domu, więc możecie sobie wyobrazić jak mnie kurierzy kochają, gdy musza mi przynieść do domu paczkę ze sklepu http://www.naszezoo.pl
Zacznę od najstarszej w naszym domu. Przedstawiam Wam Martę:

Marta jest z nami od maja 2012 roku. Nina już miała prawie 3 lata i postanowiłam, że dzieciak musi wychowywać się z psem. Poszłam do lokalnego sklepu zoologicznego i rzuciłam hasło, że chcę jakiegoś szczeniaka dla dzieciaka, ale nie wcześniej niż w wakacje. Dobrze mnie tam znają, i natychmiast pokazali zdjęcie małej kluski, która była od kilku tygodniu w schronisku. Znaleziono ją w czarnym foliowym worku razem z resztą rodzeństwa wyrzuconą w rowie. I co mam powiedzieć, moje plany o słodkim szczeniaczku, legły w gruzach, bo historia chwyciła mnie za serce, no i zdjęcie tej kluchy. Natychmiast pojechałam do bidula i tego samego dnia przywiozłam Martę do domu. Napiszę naprawdę w skrócie, pierwszy rok to był horror. Zaczęło się od tego, że jeździłam z nią przez pierwsze tygodnie od adopcji codziennie do weterynarza, bo miała wszystko co możliwe. Sikała co pół godziny mimo wychodzenia z nią nawet w nocy co 2 godziny. Wstawaliśmy rano godzinę wcześniej, aby umyć podłogi w cały domu, bo wszędzie była kupa i siki. Nic nie pomagało. Niestety nie mogła spać w domu, po po pół roku już nie mięliśmy siły i spała w garażu, a w domu przebywała jednorazowo pół godziny, bo wystarczyło przesunięcie krzesłem, lekkie chrząknięcie i już było nasikane ze strachu. Spacery z nią tez nie należały do przyjemności, bo była wiecznie nieszczęśliwa, w domu piszczała, na spacerze piszczała, że jest daleko od domu, Jedynie gdy była miziana była szczęśliwa. Pogodziliśmy się z tym.
Dokładnie po roku obudziły się we mnie instynkty macierzyńskie, więc wymyśliłam sobie, że koniecznie muszę mieć Dziewczynę rasy Jack Russel Terier. Zupełnie nieświadoma wzięłam ją z pseudohodowli, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że osobiście po Milę pojechałam, i to był dom naprawdę kochający zwierzaki, bo z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wyglądał jak nasz. Zwierzaki zadbane, szczęśliwe. Moi drodzy oto Mila:

Gdy pojawiło się w domu to żywe srebro nastał cud, Marta przeszła w ciągu 3 miesięcy niesamowitą przemianę. Podpatrując Milę, nauczyła się załatwiać na dworze, nareszcie spała w domu, a Milę traktuje jak swojego dzieciaka. Są nierozłączne, nie ma możliwości, aby zabrać gdzieś tylko jedną z nich. Mila to mała cwaniara, która uwielbia obiektyw aparatu.


Marta nadal bywa nieszczęśliwa, są o siebie bardzo zazdrosne, tj. absolutnie nie mogę żadnej bardziej poświęcić uwagi, jak siedzą mi na kolanach to obie, ja miziam to obie na raz, gdy leżą ze mną na kanapie to jedna z jednej strony, druga z drugiej. Marta poza tym, ze na samym początku zjadła moje nowe sandały, zasikiwała cały dom i że panicznie boi sie burzy, wiatru, wszelakiego hałasu nie sprawia większych problemów, a wręcz przeciwnie, to najkochańszy pies obronny. Tak nienawidzi wszystkich kurierów, listonoszy, że Ci dzwonią do mnie upewniając, się, że Marta jest w domu :-). Mila z kolei zeżarła mój ukochany telefon, bardzo drogie buty, na które co prawda tylko patrzyłam, bo odwrotnie proporcjonalnie do wysokiej ceny były wygodne, ale zawsze buty! Wybuchło jej co najmniej ze 20 legowisk (średnia cena 50 zł) to jest urocza, i z nimi obiema mogę wyjść w środku nocy na spacer po mieście i czuję się absolutnie bezpieczna. To moje Dziewczynki 