
Odkąd pamiętam unikałam majonezu jak ognia. Dokładnie od momentu gdy postanowiłam się odchudzać, a miałam wtedy naście lat. Nie jestem pewna dlaczego padło akurat na majonez, a dokładniej majonez i frytki, ale zaczynając swoją odwieczna przygodę z odchudzaniem te dwie rzeczy poszły w odstawkę. Frytek w czystej postaci, czyli smażonych w głębokim tłuszczu do dziś nie tknę (po pewnej przygodzie z młodości) zresztą tak samo nie lubię specjalnie pączków, tj. nie że nie lubię w sensie nienawidzę, ale nie jestem ich szczególną fanką. Odnośnie majonezu to mam zakodowane w głowie, że jedna łyżka ma 100 kcal i oczyma wyobraźni widzę jak od razu idzie mi w dupsko, na tyle, że równie dobrze mogłabym od razu sobie go wsmarować. Nawet nie jadłam tradycyjnej sałatki warzywnej, na święta z majonezem, tylko zawsze prosiłam o odłożenie mi porcji przed dodatkiem tego czystego zła, i podczas gdy inni się świętowali, ja jadłam suchego wióra. Ale, no właśnie jest to ale. Majonez był mi potrzeby do jednej, jedynej rzeczy za jaką tęsknię będąc wege, mianowicie tuńczyk. Weganie są niesamowici, potrafią praktycznie wszystko zweganizować, tak też dokopałam się do mnóstwa przepisów na podróbkę tuńczyka, a tu o ile znajdziecie naprawdę mnówstwo przepisów to postawą jest majonez, wegański majonez. Więc nie będę ukrywać, że odkryłam Amerykę i sama na to wpadłam, bo tak nie jest, przekopałam internety i zrobiłam swój majonez.
ps. Według moich obliczeń, ten majonez jest ciut mniej kaloryczny od normalnego 