
O możliwości uprawy pieczarek w domu słyszałam już kilka lat temu, ale jakoś zawsze był coś. Po moich sukcesach w ogrodzie zawzięłam się, kupiłam na allegro i uprawiam. Obawiałam się przede wszystkim zapachu grzybów, no wiecie, oczyma wyobraźni widziałam wszędzie grzyby i „latające” w powietrzu rodniki, nic takiego nie ma miejsca, tj. nie czuć grzybów, a jak coś fruwa to nie widzę, czego oczy nie widzą to nie ma, co nie ;-). A poważnie to nic trudnego, jedynie o czym trzeba bezwzględnie pamiętać to o codziennym podlewaniu. O walorach smakowych chyba nie muszę Wam opowiadać, ale uwierzcie mi świeżo zebrane pieczary smakują zupełnie inaczej, są bardziej hmm… słodkie, aromatyczne, jędrne- bez porównania z kupnymi. Moje księgowe zboczenie zawodowe oczywiście sprowadziło się do tego, że policzyłam ile to mnie będzie kosztować i ile zyskam, a więc zainwestowałam 25 zł (koszt z wysyłką), producent obiecuje zbiory z jednego takiego kartonu 7-10 razy po 2/3 kg, czyli minimum 14 kg, a więc przyjmując niższe wartości 1 kg pieczarek z domowej uprawy kosztuje maksymalnie 1,80 zł, podczas gdy w sklepie 9-10 zł. Ja zebrałam za pierwszym razem około 700 g, ale chyba było im zbyt zimno. Zrobię aktualizację po kilku zbiorach i wtedy podsumuję.
ps. Moje pieczarki trzymam w spiżarni za kuchnią, ale spokojnie mogłyby stać gdzieś w kącie w kuchni, tyle, że Chanel (moja kotka) gdy czuje ziemie to odzywa się w niej zew natury 