Wpisem tym rozpoczynam nowy cykl wpisów na moim blogu – swoistych zapisków z podróży kulinarnych, które miałam okazję odbyć. Mam nadzieję, że Wam się spodoba! Jako pierwsze dzisiaj Morawy – nasi bliscy sąsiedzi.
Ostatnio miałam okazję się tam wybrać, właściwie w jednym z najpiękniejszych okresów w roku – przed Świętami Bożego Narodzenia. Jest to czas świątecznych jarmarków, które odbywają się właściwie w każdym większym mieście, podobnie jak u nas.
Jarmarki tworzą niepowtarzalną okazję do zapoznania się nie tylko ze świątecznymi zwyczajami, ale także lokalnymi produktami i przysmakami typowymi dla danego kraju (nie tylko na Święta). Można też zakupić na straganach piękne, najczęściej ręcznie wykonane ozdoby świąteczne.
Celem mojej wycieczki były tym razem wschodnie Czechy – region Moraw, miasto Ołomuniec, czyli jego historyczna stolica i okolice oraz Zamek Hrad Hukvaldy – pięknie zachowany i położony na samym szczycie góry, wart zwiedzenia – ogromny i podobny do zamków ze szlaku Polskich Orlich Gniazd.
Miasto Ołomuniec nie jest częstym celem turystycznych wizyt Polaków. Większość z nas wybiera Pragę, nie biorąc go pod uwagę na mapie wycieczki, a szkoda – bo Ołomuniec ma wiele do zaoferowania. Stare Miasto w Ołomuńcu jest drugim (właśnie po Pradze) największym zespołem zabytków w całych Czechach. Stojąca na Górnym Rynku barokowa kolumna Trójcy Przenajświętszej jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i naprawdę warto ją zobaczyć.
Zresztą, warto zwiedzić całe miasto. Zajmie to nie więcej, niż weekend. Mnie urzekło kilka miejsc, które polecam Wam z całego serca!
Zachwycając się pięknem kolumny zwróćcie również uwagę na zabytkowy budynek ołomunieckiego Ratusza – warto wejść do wnętrza, zobaczyć gotycką Salę Obrad z pięknym sklepieniem oraz kaplicę św. Hieronima wraz z siedmioma cennymi obrazami. Jeśli jednak zdecydujecie się jedynie podziwiać go tylko z zewnątrz – koniecznie obejrzyjcie zegar astronomiczny. Od XV wieku jego wygląd uległ znacznym zmianom, ten obecny pochodzi z 1955 roku, jest dziełem Karla Svolinskiego i przedstawia sceny z życia i pracy mieszkańców regionu Hany.
Aby na chwilę odetchnąć od gwaru centrum miasta proponuję Wam spacer po przylegającym do niego, przepięknym parku, gdzie warto wybrać się nawet zimą!

Jeśli po spacerze zrobi Wam się zimno – koniecznie musicie pokrzepić swoje ciało i umysł serwowanym właściwie w każdym miejscu czeskim punč – grzanym winem (głównie czerwonym) z wszelkiej maści dodatkami, tj. wódką, rumem, amaretto czy whisky. Dla każdego coś pysznego! Przyjemność ta dla serca i duszy będzie Was kosztować około 30 – 50 koron czeskich. W małych knajpkach i pubach spotkacie wersje bardziej „ekskluzywne” – pojawią się owoce (świeże i suszone) oraz migdały i palemki. Po wypiciu kilku łyków poczujecie jego zbawienne działanie (zrobi się ciepło) a po 15 minutach Wasze nogi staną się mięciutkie. Niestety, za pół godziny pobiegniecie po następny, gdyż a – znów będzie Wam zimno, b – podobnie jak w przypadku szampana, efekt działania napoju jest krótkotrwały. Jako żeglarka i fanka rumu osobiście proponuję Lions Punč, koniecznie właśnie z rumem. :)
Czesi to naród bardzo sympatyczny, wesoły oraz przyjazny i rozrywkowy. Nie zdziwi Was zatem fakt, iż w poniedziałek późnym wieczorem prawie wszystkie stoliki w knajpkach i pubach będą zajęte. Nie zaskoczy Was również widok Czechów spożywających punč jeszcze przed 10-tą rano. Jest naprawdę wesoło … :)
Koniecznie spróbujcie również Trdelník! Gwarantuję, iż będzie Wam smakować. Kosztuje około 50 koron czeskich. Tak naprawdę jest to tradycyjne ciasto pochodzące ze Słowacji, ale kto by o tym pamiętał! Ci z Was, którzy byli na Węgrzech zapewne mieli także okazję go spróbować. Równie popularne w Czechach, słodkie ciasto nawijane na walec i następnie grillowane. Po upieczeniu obsypuje się je cukrem wymieszanym np. z kakao, cynamonem czy orzechami. Cieplutkie, w środku miękkie, na zewnątrz chrupiące – pyszne!

Do domu warto zabrać ze sobą kawałek, tym razem tradycyjnego czeskiego wypieku (jego tradycja sięga już ponad 200 lat), frgála – czyli kołacza. Bardzo popularny, weekendowy wypiek drożdżowy trochę przypominający wyglądem (i tylko wyglądem) tartę czy francuskie galette. W różnych wersjach, od wyboru do koloru – z konfiturą, kruszonką czy owocami, z makiem i twarogiem. Przyjemność ta będzie Was kosztować około 80 koron czeskich za połowę ciasta. Przepis na kołacz inspirowany wyjazdem pojawi się na pewno na blogu bliżej wiosny – może on stanowić ciekawą alternatywę dla naszego wielkanocnego mazurka.

Gdy już opuścicie rejon starego miasta, warto wybrać się do neogotyckiej Katedry Św. Wacława. Jej wieża mierzy ponad 100 metrów a w katedrze znajduje się największy dzwon na całych Morawach. Katedra prezentuje się niesamowicie, naprawdę warto ją zobaczyć!
W jej wnętrzu znajduje się grobowiec oraz rzeźba św. Jana Sarkandra. Do najcenniejszych zabytków należą również cztery XV wieczne figury Ojców Kościoła umieszczone przy głównym ołtarzu. Udostępnione do zwiedzania krypty kryją między innymi relikwie świętej Urszuli oraz zbiór szat liturgicznych.
W porze lunchu zaproponuję Wam również coś nietypowego, bo sklepy … z kanapkami. W Czechach bardzo popularne, znajdują się właściwie w każdym mieście. Sklep który miałam okazję odwiedzić przypominał nieco nasze sklepy z lat 80-tych … Ale kanapka (oryginalnie chlebíček) była pyszna, pożywna i „na bogato.” Kosztowała około 20 czeskich koron.
Tematowi słynnych ołomunieckich twarożków (oryginalnie czeskie olomoucké tvarůžky czy morawskie olomoucké syrečky) poświęcę osobny wpis na moim blogu.
A już teraz zapraszam Was na drugą część wpisu o Morawach, w którym dowiecie się, jakie jeszcze miejsca możecie zwiedzić lekko przedłużając swój weekend (o tylko jeden dzień).
Serdecznie zapraszam! :)