Sycylia, czyli dwa plecaki, jeden namiot, osiem nocy, dziewieć miast, dwa prysznice, jedna opuszczona villa, jeden skradziony portfel, dwa wulkany, trzy wybuchy, dwie Francuzki i jeden Holender. Dużo smacznego jedzenia i WIADRO DOBREGO HUMORU.

Dzień fatalnych przygód i upadku ducha, czyli DZIEŃ 1
Sycylia przywitała nas nie tak, jak byśmy chcieli. Po opóźnionym 5 godzin locie wreszcie wylądowaliśmy w Trapani, najpewniej najbrzydszym miejscu na całej Sycylii. Po odpowiednim dla Włochów czasie oczekiwania na autobus wreszcie byliśmy przy porcie w Trapani, gotowi do podjęcie decyzji czy udamy się na jedną z wysp, za niebagatelny hajs, czy pojedziemy na (podobno) najpiękniejszą plaże Europy San Vito Lo Capo. Ledwo zaczęliśmy się namawiać gdzie by tu rozstawić nasz skromny namiot K. zorientował się, że nie ma torby z aparatem, do której rozsądnie wrzucił portfel z całą gotówką i jak się pewnie domyślacie, absolutnie wszystkimi dokumentami.. Sycylio, here we come!
Już po wspomnianej kradzieży najważniejszych rzeczy, czyli jedynego, prócz telefonowych, aparatu fotograficznego oraz portfela biednego K, złamani w pół udaliśmy się z naszymi przytłaczającymi plecakami na komendę sycylijskiej policji. Nie zdziwiło nas nawet, że o godzinie 16 policjant powiedział, ze ewentualnie możemy przyjść jutro o 10 więc z duszami na ramionach poszliśmy spróbować sił na posterunek carabinieri. Udało się, posterunek otwarty. Pierwsza dobra wiadomość tego dnia. Pan przyjął nas i grzecznie zaprosił do rozgoszczenia się w metrowej klitce, gdzie przez 40 min słuchaliśmy grubszej, włoskiej mammy po 50, naturalnie w towarzystwie nieśmiałego, 30 letniego syna, która krzyczała coś o swojej córce i że ktoś ją prześladuje. Było pięknie. Ona też była piękna. Reszta wizyty u carabinieri przebiegła dosyć sprawnie, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy, bo nauczeni 7miesięcznym doświadczeniem z Włochami jesteśmy nastawieni na to, że nic nie pójdzie tak, jak to sobie zaplanowałeś. Udało się złożyć oświadczenie, udało się ogarnąć najbliższy polski konsulat, bo przecież jakoś trzeba dolecieć z powrotem do Rzymu. Jako, że konsulat znajduje się w Palermo, zrezygnowaliśmy ze zwiedzania pięknej i polecanej przez naszego współlokatora-sycylijczyka plaży i wsiedliśmy w autobus do Palermo. Na miejscu byliśmy tak zmęczeni tłumaczeniem sobie, że rzeczy to tylko rzeczy, pieniądze to bzdura i ludzie wcale nie są złodziejskimi gnidami, że od razu znaleźliśmy autobus na najbliższy kemping i tam, za opłatą 6 euro od osoby rozbiliśmy namiot i zażyliśmy pierwszego, z dwóch, prysznica na Sycylii.
Przez złodzieja ominęła nas San Vito Lo Capo, jedna z najpiękniejszych europejskich plaż (podobno). Zdjęcie z internetu :(

Tego dnia zjedliśmy typowe, włoskie pranzo w barze przy przystanku, złożone z mątwy i paru warzywnych kotlecików ze szpinaku i cukinii. Jeżeli jesteście na Sycylii na dłużej to warto wybrać się do randomowego baru i zamówić parę rzeczy, które mają leniwie wystawione na ladę. Jest to zazwyczaj bardzo tanie rozwiązanie a siedząc lub stojąc w takim miejscu można poczuć się jak miejscowy, bo Włosi właśnie tak najczęściej jedzą w czasie siesty. Niestety trzeba wyłączyć w mózgu wtyczkę, która nie pozwala na jedzenie w brzydkich miejscach, bo niemal wszystkie bary w południowych Włoszech wyglądają tak samo, dosyć obskurnie. Nikt nie dba o wystrój, bo to nie to, co przyciąga miejscowych klientów. Na deser obkupiłam się w sycylijskie, puszyste ciasteczka migdałowe, które oznaczyłabym jako nr 1 na liście „musisz zjeść” z Sycylii, którą znajdziecie gdzieś dalej w tym wpisie.
PALERMO
Palermo, jak się szybko okazało to miasto przyjemne i nienachalne. Nawet wszechobecne sklepiki z pamiątkami nie są tak denerwujące jak zwykle. Jeżeli ktoś byłby ciekaw, co załatwiliśmy w konsulacie, to napiszę, że nic. Pani, mimo, że bardzo miła nie mogła pomóc ponieważ konsulat jeszcze młody i uprawnień do wydawania dokumentów tymczasowych nie ma. Zapewniła nas jednak, że na lotnisku na pewno wszystko się uda a pan/pani na bramce na pewno wpuści K. do samolotu. Bardzo nas te zapewnienia uspokoiły i było bardzo miło, póki pani żegnając nas przy wyjściu nie spaliła klimatu mówiąc: „no, to dajcie znać bo jestem bardzo ciekawa CZY SIĘ UDA”. Well, udało się, jednak ledwo i zupełnie fartem, gdyż polityka ryanaira nie dopuszcza możliwości wejścia na pokład bez dokumentu, mimo papieru od carabinieri. Wiem na pewno, że gdybyśmy nie mówili po włosku to nie uświadczylibyśmy uprzejmości pani z bramek i gówno by z tego wyszło, a K. zamiast jednej godziny w samolocie spędziłby 9 w pociągu.
Wróćmy do Palermo, bo w tym czasie daliśmy radę już pozbyć się bagażu emocjonalnego i plecaki nawet przestały nam ciążyć. Zjedliśmy włoskie cornetto, czyli bardziej puszystą wersję francuskiego croissant- kraszanta i napiliśmy się kawy w randomowym barze. Tutaj warto wspomnieć, że we Włoszech, w barach kawę pija się raczej na stojąco. Nie dajcie się skusić na siedzenie bo w większości przypadków będzie was to kosztować 100% ceny więcej. Anyway, jako że byliśmy już w centrum miasta, do którego nie mieliśmy planów w ogóle zaglądać, postanowiliśmy przejść się po najważniejszych zabytkach, coby je odhaczyć i czuć, że nasz przyjazd miał jakiś większy sens. Niestety trafiliśmy w podłą godzinę, bo w godzinę włoskiej siesty, która na Sycylii jest, zdaje się najświętsza bo nawet kościoły w tym czasie są zamykane, jakby Jezus też potrzebował odpoczynku, bo gorąco i w ogóle ile można pracować.
biedujemy pod kościołem w Palermo

Poszliśmy się więc przejść po centrum i wyszukać obowiązkowych punktów gastronomicznych, które wyznaczyli nam znajomi Sycylijczycy.
1. Biscotti di mandorle. Megapyszne i delikatne ciacha włoskie z migdałów, cukru pudru i ubitego białka. Wyglądem przypominają kokosanki. Zdjęcia nie mam, postaram się upiec i wrzucić. Jeżeli wyjdą mi choć w połowie tak puszyte jak te sycylijskie to będę w niebie.
2. Pizza Siciliana, czyli kawałek mięciutkiego ciasta drożdżowego z passatą pomidorową i bułką tartą. Smaczne i tanie, bo za 1e za wielki kawał. W smaku przypomina cebulaka z Siemionki we Wrocławiu.

3. Pasticceria Cappello, okropnie wyglądająca cukiernia z najlepszymi tortami jakie jedliśmy. Szczególnie fajną opcją jest to, że sprzedają minitorciki za 1e, dzięki czemu można sobie wszystkiego popróbować. My wzięliśmy cztery mini torciki na pół i były zajebiście dobre.
Torta Setteveli z pistacjami i klasyczny Cannolo i Cassata

4.Panino con milza, czyli kanapka ze śledzioną i płucami barana polana cytryną, to typowy „przysmak”, który można zjeść tylko w Palermo. Wzięłam tylko gryza i wzdrygam się na samo wspomnienie. K. zjadł całą ze smakiem i poleca tę kanapkę wszystkim, którzy się nie brzydzą.


5. Patatine frite e ceci, smażone ziemniaczki i kulki z cieciorki z miętą. Zjadłam to w tej samej portowej knajpie, której nazwy nie potrafię sobie przypomnieć, a w której K. zamówił śledziony w bułce.

6. Grota Azzurra, bar znajdujący się w środku bardzo zatłoczonego targu Vucciria. Za niewielki hajs można napić się trzech typowych, sycylijskich, słodkich win. Sangue, czyli krew, zibibbo i marsali.

Tego samego dnia wieczorem załadowaliśmy się w autobus i pojechaliśmy do Cefalu, urocego miasteczka gdzie zjedliśmy rybę piłę, o której napiszę w kolejnej notce bo ta już się robi za długa.