Półki sklepowe uginają się od konserw,
można wybierać, przebierać w puszkach i puszeczkach.
Jednak jeszcze bardziej uginają się półeczki od składu,
a raczej od tablicy Mendelejewa, która to
uatrakcyjnia konsumentom takie wyroby.
Ja osobiście nie jadam, wszystkie dla mnie,
smakują tak samo.
Jednak jak ktoś lubi i mu smakuje,
nie widzę problemu, ani też nie robię nagonki.
Każdy robi i je jak lub co mu pasuje,
ma do tego święte prawo.
Jednak warto czasem się zabawić i zrobić swój wyrób,
który ani nie wymaga wymyślnego sprzętu,
ani też specjalnych umiejętności.
3,5 kg obranego mięsa z udek
łyżka majeranku
2 płaskie łyżki soli
1,5 łyżki czarnego pieprzu
łyżeczka cukru
6 - 8 ząbków czosnku
0,5 szklanki wody
13 słoików 330- 340 mil
Taką ilość gotowego mięsa, uzyskałam z 6 kg udek.
Usuwamy tłuszczu i skórę, oddzielamy mięso od kości.
Kroimy na mniejsze kawałki, aby było łatwiej zmielić.
Tłuszczu nie używamy, ale połowę skór mielimy razem z mięsem
na dość grubych oczkach.
Trochę tłuszczu jest potrzebne, wszak to nośnik smaku to raz,
a dwa jak się wygotuje i ulokuje na wierzchu,
to będzie dodatkowo zabezpieczać mięso, przed wyschnięciem.
Później zawsze może go zebrać przed jedzeniem i usunąć.
Do zmielonego mięsa dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek,
przyprawy, wodę i mocno wyrabiamy.
Robimy to naprawdę mocno i energicznie, podobnie jak
przy cieście drożdżowym.
Mięso musi być dobrze wybite , wyklepane, dopieszczone,
aby puściło klej i trzymało się kupy.
Ja tak wyrabiałam co najmniej dziesięć minut.
Co do przypraw każdy ma ten próg smaku inny,
a więc proponuję usmażyć niewielkiego kotleta i zobaczyć.
Czy to już ten smak, czy jeszcze?
Nakładamy 3/4 słoika, mocno ubijamy, aby nie było
pustych miejsc, brzegi dokładnie wycieramy czystą ściereczką.
Zakręcamy, ustawiamy w wysokim garnku i dajemy tyle wody,
aby mięso było zakryte.
Wolno podgrzewamy i tak jak każde weki nie gotujemy,
ale mają sobie delikatnie mrugać trzy godziny.
Zostawiamy w wodzie, do całkowitego ostygnięcia.
Jak widać, nie ma żadnej soli peklującej, pektosolu
czy innych konserwantów.
Nie dlatego, że jestem ich zagorzałym wrogiem,
ale dlatego, że teraz zimą jest to zbyteczne.
Latem, gdy ciepło oczywiście, trzeba dać, ten konserwant
będzie mniejszym złem niż jad kiełbasiany.
Nie ma też żelatyny, mięso z udek to same mięśnie,
a do tego dobrze wyrobione po ugotowaniu jest jak skała.
Czyste, pachnące mięsko,
a że nie jest różowe tylko szare, tzn że nie ma w sobie
stosu konserwantów.
A kości, też znajdą swoje zastosowanie, dokładamy mięsa,
gotujemy i będzie galaretka.