Każdy kulinarny entuzjasta, który od czasu do czasu bywa w Warszawie, był kiedyś na ul. Chmielnej w wietnamskim barze Toan Pho. A jeśli nie był, to powinien się wstydzić. Jak sama nazwa wskazuje wspomniany bar serwuje przede wszystkim zupę Pho bo. To wietnamska zupa oparta na wołowym wywarze z imbirem, czosnkiem i przyprawami, podawana z wołowiną, makaronem ryżowym, świeżymi ziołami i kiełkami. Nie muszę dodawać, że jest pyszna. Wczoraj zrobiłem ją pierwszy raz i wyszła lepiej niż dobrze. Teraz wasza kolej.
Bar Toan Pho to miejsce absolutnie kultowe. Zanim trafił na Chmielną, znajdował się w „food courcie” na Stadionie Dziesięciolecia, który wtedy był prawdziwym zagłębiem egzotycznych kuchni. Stadion przerobiono na Narodowy, większość knajp, które na nim funkcjonowały odeszła w niepamięć, jednak Toan Pho na Chmielnej radzi sobie świetnie. Jeśli nigdy tam nie byliście, wpadnijcie podczas waszej kolejnej wizyty w Warszawie. Mieszkańcy stolicy nie mogą zresztą narzekać na dostęp do zupy Pho, bo lokali ją serwujących mają masę, a w większości pracują w nich Wietnamczycy.

W Krakowie sytuacja nie jest tak różowa, nasz najbardziej znany Wietnamczyk czyli Quin prowadzący sklepik na Tandecie twierdzi, że w Krakowie prawdziwej zupy Pho nie ma. Potrzeba jak wiadomo jest matką wynalazków w związku z czym zupę Pho zrobiłem sobie sam. Do oryginałów wietnamskich porównać jej nie mogę, natomiast z warszawskim wzorcem myślę, że swobodnie może stawać w szranki. Mimo, że robiłem ją trochę od niechcenia, z migreną i nie do końca zgodnie z przepisem.

Przepis jest w zasadzie jeden, znalazłem tylko drobne odstępstwa od normy, i to głównie w kwestii proporcji (np. 5 gwiazdek anyżu zamiast 3). Moja główna modyfikacja polegała na tym, że podprażone przyprawy wrzuciłem do zupy zamiast zanurzyć je w materiałowym woreczku. No niestety, migrena nie sprzyja tworzeniu materiałowych woreczków ad hoc :).
Zupę w klasycznej wersji powinno podawać się z cieniutkimi plastrami wołowiny na steki (np. antrykotu albo polędwicy). Mi zostało jeszcze sporo boczku chashu, który upiekłem do ramenu, więc krówkę zastąpiłem świnką. W Polsce azjatyckie zioła, które trafiają do miski z zupą na końcu są ciężko dostępne, ale połączenie świeżej kolendry, tajskiej bazylii, mięty i dymki dało radę.
A i zupa jest bardzo prosta w przygotowaniu. Nie to co ramen
Jest też znacznie zdrowsza (po takiej ilości czosnku, imbiru i cebuli z grypą możecie pożegnać się na cały sezon :))
Składniki:
na bulion:
700 g mięsa wołowego z kością (szponder albo mostek)
2 cebule
ok. 5 cm świeżego imbiru
6 ząbków czosnku
3 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru trzcinowego
60 ml sosu rybnego
5 cm cynamonu
3 gwiazdki anyżu
10 ziaren pieprzu czarnego
3 goździki

do podania:
pokrojona w cieknie plastry (2-3mm) wołowina (antrykot lub polędwica wołowa) lub kilka plasterków chashu
garść świeżych kiełków fasoli mung
pęczek kolendry
pęczek tajskiej bazylii
pęczek mięty
1 dymka (zielona część)
sok z połowy limonki
pół papryczki chili
makaron ryżowy
opcjonalnie:
marynowany czosnek
sriracha
sos rybny
Pzygotowanie:
- Mięso myjemy, zalewamy wodą i dodajemy dwie łyżeczki soli. Zostawiamy na pół godziny
- Czosnek, imbir i cebulę obieramy i kroimy w plasterki. Przyprawy podprażamy aż zaczną pięknie pachnieć
- Opłukane mięso wrzucamy do garnka, dolewamy 2,5 litra wody doprowadzamy do wrzenia i na mocnym ogniu gotujemy 15 minut
- Dodajemy czosnek, imbir, cebulę, cukier, 1 łyżeczkę soli i podprażone przyprawy, dolewamy sos rybny, zmniejszamy gaz i na bardzo małym ogniu gotujemy 2,5-3 godziny pod przykryciem.
- Ziół nie siekamy, ręcznie drzemy je na mniejsze kawałki. Razem z kiełkami, chili i pokrojoną w ćwiartki limonką serwujemy na osobnym talerzyku
- Makaron ryżowy gotujemy według przepisu na opakowaniu. Powinno go być tyle, żeby wypełnił 3/4 miski.
- Makaron nakładamy do miski, dokładamy pokrojoną w cieniutkie paski wołowinę i dolewamy wrzący bulion
- Jak wołowina się zagrzeje, doprawiamy ziołami, kiełkami i innymi smakołykami z talerzyka


Post Zupa Pho bo pojawił się poraz pierwszy w Człowiek z łyżką.