Nie robię noworocznych postanowień, bo najczęściej nic z tego nie wynika, a później mam wyrzuty sumienia, że czegoś nie zrobiłam. Miałam bardzo zły grudzień, zły pod względem aktywności fizycznej i jedzenia. Zero ruchu i dużo złego jedzenia.
Pomyślałam, że fajnie byłoby wykluczyć ze swojej diety między innymi tłuszcz i cukier. Oczyścić się. Wybrałam częściowo surową dietę tzw. RawTill 4 (dosłownie "na surowo do 16"). Na RT4 byłam przez 3 tygodnie, 21 dni.
Oto efekty mojego eksperymentu.

RT4 jak nazwa wskazuje polega na jedzeniu surowych warzyw i owoców do godziny 16. Najlepiej jeśli będą to monoposiłki, czyli np. same banany bez np. jabłka. Czemu do 16? Jest to umowny czas, gdy większość osób je obiad - w tym przypadku gotowany posiłek. Na RT4 rezygnujemy całkowicie z tłuszczy (oczywiście nie rezygnujemy z orzechów), dodanego cukru, produktów przetworzonych, niesurowych, soli, alkoholu, kawy. Brzmi strasznie? Nieee. Możemy do woli opychać się bananami i ziemniakami! Dieta jest wysoko węglowodanowa, gotowany posiłek powinien zawierać mnóstwo węglowodanów plus zieleninę. Jemy: ziemniaki, słodkie ziemniaki, ryż biały, ryż brązowy, kasze bezglutenowe i makaron bezglutenowy. Do tego sałaty, szpinak, jarmuż, marchewka, brokuł, wszytko na co mamy ochotę. Oczywiście bez soli. Używamy przypraw, suszonych ziół, polecany jest sok z cytryny do doprawiania.
Może to brzmieć strasznie, niesłony ryż, ziemniak? Fuj! Za pierwszym razem jest dziwnie, lecz później czuć naturalną "słoność" warzyw. Więcej o RawTill 4 przeczytacie na stronie
PoweredByFruits, bardzo pomocna jest również MayaTheBee.Polecam zapoznać się z zasadą
80/10/10 i
90/5/5. Wybrałam tą drugą.
Mój jadłospis wyglądał mniej więcej tak. Dzień zaczynałam od koktajlu z 3-5 bananów, jarmużu lub szpinaku, czasami jabłka (lub innego owocu jaki miałam, np. ananasa), czasami z łyżeczką surowego kakao lub karobu, imbirem i cynamonem. Starałam się pić wodę przed pierwszym posiłkiem, ale nie zawsze mi to wychodziło. Nie trzymałam się też zbytnio monotematyczności posiłków. W ciągu dnia przegryzałam owoce, takie jakie akurat miałam, czyli pomarańcze, banany, kaki, mango. Robiłam soki z marchwi, jabłek i cytryny, które po prostu mogę pić litrami. Kupowałam to co było akurat w promocji w supermarketach. RT4 zaleca jeść organiczne warzywa i owoce, ale w moim mieście to raczej niemożliwe, poza tym nie chciałam wydawać dużo. Wiadomo jeśli coś jest organic to kosztuje 3 razy więcej.
Może się wydawać, że wybrałam na to zły moment, czytaj zimę, czytaj nie ma jedzenia, ale było bardzo dobrze (tanie banany!). Co jakiś czas robiłam sobie całkowicie surowy dzień, myślę, że były to 3-4 dni przez czas trwania RT4.
Czasami wypiłam kawę z mlekiem sojowym lub owsianym, odpuściłam też w jeden weekend i jadłam "zwyczajne" jedzenie.
I to był szok dla mojego organizmu, ból brzucha był straszny...
Co jest bardzo ważne, używałam aplikacji
Cron-o-meter, która wszystko mi pięknie wyliczała, kalorie, tłuszcze, białko, minerały, zestawienie węglowodanów z tłuszczami. Autorom należy się życie wieczne, czy co tam wybierają <3
Wracając do jedzenia. Gdy nadchodziła 16, zaczynałam gotować. Najczęściej był to ryż biały lub brązowy lub kasza (100-200 g) w połączeniu z warzywami, szpinakiem i jarmużem oraz sałata lodowa z ogórkiem, rzodkiewką, kiełkami, itp. Warto zaopatrzyć się w tę zieleninę, jest niezastąpiona i super zdrowa. Jadłam również pieczone ziemniaki, nie 2, nie 3 sztuki, a na przykład cały, piękny kilogram. Tak jest. Waga powoli leciała w dół. Trochę też się ruszałam - ćwiczenia cardio. Nie jakoś często, ale coś było ;)
Gotowany posiłek jadłam o ok. 17-18. Raczej później nic już nie jadłam, lecz jeśli zjadłam go wcześniej i byłam głodna, to zjadałam banana.
Na zdjęciach widoczne są głównie owoce, a miałam też spore zapasy marchewki, ziemniaków, jarmużu, szpinaku, kasz i ryżu. Jadłam również orzechy, najczęściej brazylijskie, 1 sztuka pokrywa dzienne zapotrzebowanie na selen.
Poniżej nudne i nieestetyczne zdjęcia z obiadów :)
Na wadze straciłam 2 kg, to wszystko. Za krótko byłam na RT4, żeby spodziewać się jakichś spektakularnych efektów.
To mi i tak wystarcza, czułam się świetnie, to był bardzo ciekawy eksperyment.
Dziennie jadłam ok. 1800 - 2000 kcal, czasami mniej, zależało od dnia. Nie byłam w stanie zjeść więcej, tyle spokojnie mi wystarczało. Dodam, że na razie mogę wstawać o której chcę, więc budziłam się o ok. 10. Gdybym wstawała o 6 rano, jadłabym więcej.
Podsumowując. Bardzo podoba mi się taki styl odżywiania. Na pewno wrócę do niego w wakacje. Wiem też, że w mojej kuchni olej i inne tłuszcze odejdą w kąt. Wiadomo, czasami trzeba coś usmażyć, dodać oleju, ale będę to robiła sporadycznie. Soli nigdy nie nadużywałam, więc raczej nie będę potrzebowała ograniczeń. Koktajle piję często, lubię zaczynać od nich dzień, więc też będą moim stałym punktem w menu. Poza tym bez zmian, dużo zieleniny, warzyw, kasz. Do menu wrócą strączki, których mi brakuje.
Po tych trzech tygodniach zrobiłam sobie "zwykłe" śniadanie. Przez godzinę zastanawiałam się co zjeść i na nic nie miałam ochoty. Myślałam o koktajlu z bananów, ale miałam pomału wracać do wcześniejszego odżywiania. Padło na tofucznicę bez tłuszczu, z minimalną ilością soli, z pomidorami, szpinakiem i oliwkami. Szczerze mówiąc, nie mogłam tego przełknąć. Nie, że było niedobre, ale odzwyczaiłam się od takiego jedzenia i po prostu mi nie smakowało. Dodatkowo wydawało mi się, że to takie niezdrowe, a przecież nic złego w tym śniadaniu nie było. Chude sojowe białko, świeże warzywa, oliwki i przyprawy...
Co to będzie? :)
P.S. Przepisy, które ukazały się na RT4 (same koktajle) znajdziecie pod tą
etykietą.
A na sam koniec, piosenka o festiwalu RawTill 4 w Tajlandii :)