Nie wchodzisz w dżinsy w rozmiarze, który zawsze nosiłaś? Nie możesz patrzeć na swoje odbicie w sklepowej przebieralni, bo we wszystkim wyglądasz źle? Czas na zmianę - dużą i trwałą! Nie mam czasu ani ochoty na diety z kolorowych czasopism, po których natychmiast przytyję dwa razy więcej, dlatego poszłam do dietetyka, a konkretnie do pani dietetyk.
Jak przygotować się do wizyty?
Warto zrobić rachunek sumienia jedzeniowego, czyli przyjrzeć się temu, co jemy na co dzień. Może w tym pomóc zapisywanie przez kilka dni przed wizytą składników naszych posiłków.
Trzeba przyznać się też do swoich słabości. Moją są sery pleśniowe, piwo rzemieślnicze i czekolada Milka karmelowa.
Warto też przynieść swoje aktualne badania - poziom cholesterolu, glukozy, hormony tarczycy (jeśli ktoś ma) i morfologię.
Wizyta
Spotkanie z dietetyczką trwa ponad godzinę. Jeśli myślicie, że będziecie krytykowani i pouczani to jesteście w błędzie. Pani dietetyk pyta, pyta i pyta, a końca tych pytań nie widać. O zdrowie, o zachowania konsumenckie, o wybory żywieniowe, o regularność posiłków, o nasze preferencje smakowe, o sport, o aktywność, o przebyte choroby, o uczulenia, o liczbę ciąż, o diety, które kiedyś tam się stosowało... Wszystko skrzętnie zapisuje, a potem zaprasza na wagę.
Waga nie jest centralnym punktem gabinetu, ale ustawiona jest dyskretnie za drewnianym parawanem. Pip i wszystko jasne - waga podaje nie tylko liczbę kilogramów, ale także przelicza BMI, procent tłuszczu w naszym ciele i generalnie wpędza nas w depresję.
Kiedy zobaczyłam swój wynik, to pomyślałam, że waga się zawiesiła, albo ktoś nie wykasował danych osoby, która ważyła się wizytę wcześniej!
Niestety prawda bywa okrutna. Od tego czasu mam już 5 kilogramów mniej!
Jeść, żeby schudnąć
Na podstawie naszych fizycznych warunków, wieku, stanu zdrowia i indywidualnej historii pani dietetyczka określa, ile docelowo powinniśmy ważyć, czyli ile kilogramów trzeba zgubić.
Od razu zaznacza, że czeka nas ciężka praca i zmiana nawyków żywieniowych. Szkoda bowiem chudnąć na chwilę, żeby później wrócić do tego, co niezdrowe i kilogramogenne. (takie słowo wymyśliłam).
Kluczem do sukcesu jest pobudzenie metabolizmu organizmu przez jedzenie. W tym celu określamy długość dnia - o której wstajemy, o której idziemy spać. Od tego będzie zależeć liczba posiłków. Mój dzień jest stosunkowo długi, bo wstaję ok. godz. 6, a kładę się spać w okolicach 22-23, dlatego mam czas na pięć posiłków dziennie. Nie są to posiłki drwala, ale pracującej przy komputerze kobiety, która od czasu do czasu jeździ na rowerze, pracuje w ogródku i biega. Ważne jest, by utrzymywać przez cały rok podobny poziom aktywności.
Posiłki komponuję zgodnie z przygotowaną dla mnie i tylko dla mnie tabelą. Nic skomplikowanego, choć niewątpliwie przydaje się tu kuchenna waga elektroniczna. Jeśli ktoś był np. na prewencyjnej diecie diabetycznej np. w ciąży, to wie o co chodzi. W diecie pani dietetyk zbilansowała liczbę białka, węglowodanów, cukrów i tłuszczów.
Pochwaliła mnie za dobre nawyki żywieniowe - żadnych przekąsek, gazowanych napojów (najbardziej na świecie nie lubię coca-coli i nie przepadam za chipsami, bo są za słone), słodkich serków i jogurtów, mało przetworzonych słodyczy (tylko ta Milka...), brak gotowych dań, pizzy i chińskiego na wynos w menu. Tym sposobem umocniła mnie w decyzji i podniosła motywację!
Moje błędy: nieregularne i źle zbilansowane posiłki (za dużo węglowodanów).
Magiczne tabele
Dostałam trzy tabele produktów podzielone na pięć posiłków. W pierwszej tabeli są produkty białkowe, w drugiej węglowodany, w trzeciej owoce (cukry proste). Jest też spis dozwolonych warzyw, które mogę jeść bez ograniczeń. Do tego trzy łyżki tłuszczu na cały dzień i 1 1/2 litra wody do wypicia.
Pani dietetyczka ma na biurku magiczny kuferek, w którym przechowuje etykiety produktów - to na ich podstawie uczy jak wybierać odpowiedni ser, chleb, czy mąkę. Przed zakupem warto czytać etykiety! Niby znana prawda, ale palec do budki, kto czyta etykiety w sklepie z marudzącym dzieckiem u boku!
W moim przypadku zabronione są banany, arbuzy, melony, pszenna mąka i pieczywo. Z koszyka w spożywczym wypadają, jeśli tam były, niezdrowe przekąski, przetworzone dania, balerony, salcesony, golonki, tłuste mięsa, majonezy, słodkie gazowane napoje, żółte i pleśniowe sery, mozzarelki, no i piwo. Jedyny dozwolony alkohol to wino wytrawne w małych ilościach lub wytrawny cydr. Wolno jeść makaron, ale pełnoziarnisty, chleb z mąki razowej lub graham, chleb chrupki i wszystko inne, co nie jest zabronione.
Żegnaj głodzie
Pierwszy raz od lat nie jestem głodna między posiłkami. Na razie ważę, zapisuję i planuję moje posiłki. Do pracy idę ze zgrabną, turkusową torbą termiczną pełną pudełeczek z jedzeniem - na posiłki o godz. 10 i o godz. 14. I ku swojemu zaskoczeniu widzę, że to działa. Chudnę. Na razie 5 kilogramów.
Myślę, że warto wybrać się do dietetyka, bo takie spotkanie zmienia spojrzenie na własny organizm. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, ile jest prawdy w starych jak świat powiedzeniach "Jesteś tym, co jesz", albo "Organizm to nie śmietnik".
Moja pani dietetyk przyjmuje we Wrocławiu. Zainteresowanym mogę udostępnić namiary i podać ceny. Niestety wizyt u dietetyka nie refunduje NFZ. Moim zdaniem powinien, bo dzięki pracy dietetyków mniej byłoby osób cierpiących na choroby związane z otyłością.