Muzea muzeami, ale jeść trzeba. Na szczęście Londyn w tym temacie ma do zaoferowania bardzo wiele i to właściwie dla każdego. Kuchnię z całego świata zjesz i w
fancy restauracjach (przepraszam, teraz się ponoć mówi
smart ;)) i na licznych targach street foodu. Wszystko świeże i smaczne. Szukasz autentycznego smaku etnicznych kuchni - proszę bardzo! Wolisz żeby twoje dania miały autorski twist - nie ma problemu! Chyba nie muszę wspominać, że wszelkie opcje wegańsko-bezglutenowo-fairtradowe są bez problemu dostępne. Nie powiem, że zbadałam świat londyńskich kulinariów dogłębnie, ale to czego doświadczyłam i liznęłam sprawia, że chcę więcej. Poniżej mały przewodnik co można kulinarnie robić w Londynie. A przynajmniej jego część pierwsza - o ulicznym żarciu. Tu się naprawdę nie dało mniej napisać! ;)
Street food
Zawsze się cieszę, gdy w Warszawie pojawią się nowe kulinarne inicjatywy, jak Targi Śniadaniowe, Nocny Market, Targ Rybny czy inne nowe targowiska itd., ale prawda jest taka, że jesteśmy daleko w tyle za Londyńczykami. W samym centrum Londynu działa kilkanaście targów przeróżnego typu. Jest więc, najbardziej chyba turystycznie znany,
Borough Market, gdzie przede wszystkim można zakupić produkty z całego świata. Zaszliśmy tam w tygodniu i udało nam się uniknąć tłumów, ale pewnie z tym bywa różnie (uwaga: w niedziele BM jest nieczynny, a w pn-wt jest otwarty częściowo). Sery, mięsa, owoce morza, warzywa, owoce, przyprawy - wszystko czego dusza pragnie. Jest też zakątek ze street foodem, żeby nie było. Więcej nie napiszę, bo przyznam, że byliśmy tam tylko przelotem i nie robiliśmy zakupów.




Przeciwieństwem Borough Market jest
Camden Market (otwarty codziennie), na którym raczej nie kupicie produktów kulinarnych (za to ciuchy, biżuterię, płyty i różne gadżety już tak!), ale możecie posmakować kuchni zewsząd (tak, jest również
polish "kielbasa" sausage ;)). Byliśmy na CM w niedzielę i tłumy były nieprzebrane. W obliczu takiego wyboru kuchni i dań istniało niemałe ryzyko, że obezwładni nas niemoc decyzyjna i umrzemy z głodu ;). W końcu jednak ustawiliśmy się w ogonku (wiadomo, kolejka - znaczy dobrze karmią) do wenezuelskiego stoiska
Arepazo Bros, zgodnie z nazwą, serwującego
arepę (tradycyjne kukurydziane chlebki/tortille) z różnymi nadzieniami. O mój słodki jeżu, jakie to było dobre! A na deser skusiliśmy się na nitro lody od
Chin Chin Labs. Mrożone na bieżąco lody mają niesamowicie jedwabistą konsystencję i są pyszne. Szczególnie posypane grillowaną białą czekoladą. Istna magia!
 |
| Kolejka do wenezuelskich pyszności :P |
 |
| Nitro lody się mrożą... |
Zresztą takich
marketów łączących street food z pchlim tagiem jest dużo więcej. Wpadliśmy na taki - w sumie przypadkiem - w Greenwich. W porównaniu do CM
Greenwich Market był kameralny i bardzo spokojny, ale i tu serwują polską kiełbasę i pierogi.... ;)
Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze
Dinerama, czyli jeden z czterech weekendowych targów street foodu w centrum i dalszej okolicy! Zakładam, że nasz
Nocny Market wzorował się właśnie na czymś takim. Dinerama jest otwarta najdłużej ze wspomnianych czterech przybytków, bo od czwartku do niedzieli (
Noon to Late). Pośrodku wspólna ława, a po obu jej stronach stoiska z kulinarnymi rozkoszami. Porcje raczej niewielkie, więc można śmiało kosztować kilka rzeczy. Wszystko było obłędnie pyszne (buły z pulled duck śnią mi się po nocach, ale ostre żeberka na dwa sposoby i bao z chrupiącą wieprzowiną też były znakomite). Uwaga: po 19.00 za wstęp trzeba zapłacić 3 funty.




Na koniec bonus! Zupełnie przez przypadek (warto czytać darmową prasę rozdawaną w metrze ;)) dowiedziałam się, że w ostatnim dniu naszego pobytu rozpoczyna się
The Notting Hill Carnival. Nie mogłam takiej okazji przepuścić, musiałam zobaczyć na własne oczy największy europejski festiwal uliczny. Główne wydarzenia, parada i tak dalej odbywają się w poniedziałek, ale dla nas
Childrens Day (bo tak zwie się rozbiegowa niedziela) był i tak wystarczającym doświadczeniem. Na NHC bowiem króluje muzyka, taniec i karaibskie jedzenie. Oraz tłumy ludzi. Naprawdę ogromne tłumy. Ale warto tam zajrzeć choćby na chwilę, żeby zobaczyć na własne oczy i posmakować tego radosnego święta.
I trochę zdjęć nie kulinarnych z Notting Hill Carnivale :)