Bo marzenia są od tego, żeby je spełniać…prawda?
Oszalałam na punkcie lasów w słoikach, od kiedy pierwszy raz mignęły mi gdzieś w moim feedzie na Facebooku. Zdjęcia wyglądały po prostu niesamowicie. Później przeczytałam o warsztatach u Aliny z Designyourlife i postanowiłam, że jeśli tylko sie uda, wezmę w takich udział. Skoro były w innym mieście, muszą być też w Warszawie, prawda…? W końcu w stolicy można się nauczyć się wszystkiego: robić ramen, reklamy w social media i różnego rodzaju kołczingi i inne takie tam. Okazało się, że jednak nie będzie tak prosto. Bo co w życiu jest proste…?

Kilkukrotnie odbywały się różne kursy, ale w związku z moją nieprzewidywalną pracą co najmniej cztery przeszły mi koło nosa. Szczególnie interesowały mnie te u Tomaszewskiego. Kiedy już udawało mi się ich nie przegapić, okazywało się, że muszę być w Krakowie, albo pracujemy w tym tygodniu w Pradze (czeskiej, nie tej po drugiej stronie Wisły). W międzyczasie mocno rozwinęły się u nas różne rośliny (udało nam się z dwoma paprotkami, monsterą, dwoma pieniążkami, jednym bonsai, sporą palmą i kilkoma innymi, których nazw nie pamiętam) i mieszkanie mocno nam się zazieleniło. Brakowało mi jednak perły w koronie – lasu w słoiku.
Jedno z fajniejszych miejsc w mojej okolicy, do którego można przyjechać na rowerach i rozkoszować się piękną pogodą to Prochownia Żoliborz. Latem stoi tu mnóstwo leżaków i stolików z palet, między drzewami świecą girlandy światełek. W zimie można schronić się w środku. Często organizowane są w nim ciekawe warsztaty i imprezy – kiedy jest ciepło, jest to na przykład joga na świeżym powietrzu. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu okazało się, że w pewną chłodną niedzielę można zrobić u nich swój las w słoiku. I to za ułamek kwoty, którą proponowały inne miejsca. Niewiele myśląc zarezerwowałam dwa miejsca i trzy tygodnie później stawiliśmy się z moją drugą połową na miejscu.
Od razu uprzedzę, że mój las to ten otwarty. Ola, która prowadziła zajęcia, zaprosiła nas na zajęcia z zamkniętych słoików na wiosnę – bo wtedy dużo łatwiej jest kupić niezbędne rośliny. Ale otwarte słoiki też mają swój urok, a ich przygotowanie jest tak proste, że na pewno bezbłędnie wykonacie je sami w domu. Niezbędne składniki to:
- Otwarty szklany słoik, im grubszy tym lepszy (Ola odradzała te z Ikei, kierując nas raczej w stronę wielkich słojów na ogórki)
- Podłoże/ziemia (warstwa drenująca nie jest konieczna przy otwartym słoiku)
- Wybór roślin
- Narzędzia: coś do wsypywania ziemi i umieszczania w niej roślin, szczypce do sukulentów
- i… to właściwie wszystko

Ważna uwaga: pamiętajcie o wybraniu takich kompozycji, gdzie rośliny nie skanibalizują sie wzajemnie, albo nie są zbyt rozłożyste jak na ograniczoną przestrzeń słoika. Ola nie polecała na przykład monstery, ale za to chwaliła różnego rodzaju bluszcze. Właśnie bluszcz jest jednym z komponentów mojego słoika, obok sukulenta – uroczego kaktusa. Na warsztatach panowała świetna atmosfera, przyszło bardzo dużo par i poza zdrową rywalizacją nikt nie podbierał sobie sprzętu, czy upatrzonych roślin.
Moja kompozycja jest dość prosta, ale jestem z niej bardzo zadowolona. Stoi u nas już miesiąc i podobnie jak las w słoiku T, pięknie rośnie w górę. Podlewamy raz w tygodniu, po ściance lub strzykawką. Nie wolno lać wody bezpośrednio na rośliny, bo liście mogą zgnić. Można stosować nawozy, z których korzystacie do innych kwiatów – u mnie jest to na przykład eko hummus.
I jak podoba się wam mój las w słoiku? Macie już swoje? Dajcie znać w komentarzach!
Post Las w słoiku DIY – spełnione marzenie pojawił się poraz pierwszy w Pinch of Salt.