Jak wiecie, od mniej-więcej trzech lat zgłębiam ścieżkę minimalizmu, starając się z mniejszym lub większym powodzeniem wcielać ją w swoje życie. Minimalizm jest trochę jak religia Jedi – wymaga dyscypliny i motywacji, ale nagroda zdecydowanie jest tego warta! Dziś chciałabym wam opowiedzieć o tym, co przez te trzy lata zmieniło się w moim życiu. Zobaczcie 6 rzeczy których nauczył mnie minimalizm!
Centra handlowe i świątynie konsumpcjonizmu to zło!
Trochę mi górnolotnie wyszło, ale nie mogę uwierzyć, ile swojego życia zmarnowałam na chodzenie po sklepach, galeriach handlowych, Rossmanach etc. Pisała o tym Kasia Kędzierska w swojej książce, ale i ja wpadłam w pułapkę kupowania mnóstwa rzeczy, kompensacji stresów w pracy, a do tego włączyła się u mnie inflacja stylu życia – wydawałam wszystko, co do grosza, tonęłam w ubraniach i kosmetykach, a do tego marnowałam swój niezbyt duży czas wolny.
Nie demonizuję galerii (sama bywam od czasu do czasu w Arkadii, bo jest najbliżej i ma Leroy Merlin i dużego Carrefoura w jednym miejscu), ale nie są już one dla mnie miejscem do spędzania wolnego czasu, window shoppingu, czy bezmyślnego wydawania. Traktuję je zadaniowo, a po wyjściu cieszę się, że problem już mnie nie dotyczy. Jeśli czyta to osoba, która zawsze proponuje mi shopping lub spotkanie w galerii, powinna zrozumieć, dlaczego z uporem maniaka odmawiam.

Mniej znaczy więcej
Straszna klisza to stwierdzenie, ale jednocześnie bardzo prawdziwe. Wywodzę się z domu zbieraczy, więc zawsze wydawało mi się naturalne żeby trzymać, gromadzić. Pamiętam, jak moja pierwsza szefowa, na moje naiwne pytanie, czemu na 2-3 dni bierze w podróż służbową bagaż rejestrowany i sześć par butów, robiła na poły zaskoczoną, na poły zdziwioną minę jak piastunka Brana kiedy mówiła Oh my sweet summerchild, zrozumiesz jak dorośniesz. Buty są ważne. Tak było przez jakiś czas, ale całe szczęście zmieniło się o 180 stopni. Co prowadzi nas do kolejnego punktu…

Minimalizm to lekkość, a lekkość jest w porządku
Mało sprzętów w mieszkaniu, brak durnostojek, mała ale fajna garderoba, czy spakowanie się bez problemu w bagaż podręczny dodaje skrzydeł. Wy też tak macie? W naszym raczej minimalistycznym mieszkaniu, nawet kiedy jesteśmy zupełnie na bakier z porządkiem (c0 zdarza się częściej, niż będę skłonna przyznać!), wystarczą dwie godziny i wszystko lśni i jest na swoim miejscu. Nie ma wazoników do wycierania, półek z książkami, czy miliona rzeczy. Miło jest wiedzieć, co się posiada i gdzie mniej-więcej to wszystko się znajduje.
Social media są fajne, ale bycie offline też jest fajne
Kontrowersyjne stwierdzenie, jak na osobę zajmującą się tematem zawodowo. Poświęcam mediom pracowym 100% czasu i uwagi kiedy jestem w pracy, ale po godzinach ograniczam się do blogów z mojej listy i Durszlaka, Instagram i Reddit. Facebook mógłby już dla mnie nie istnieć (ale za to zostawiłabym Messengera, przydatna aplikacja). Domyślnie mam wyłączone wszystkie powiadomienia i push, więc dopóki nie odpalę aplikacji. Bardzo fajna sprawa. Lubię takie wieczory, kiedy czytamy, kolorujemy, albo po prostu sobie dziergam.

Proste życie nie jest takie złe
Kolejna lekcja do której musiałam dojrzeć. Kocham wyjazdy, podróżowanie. Uwielbiam jedzenie na mieście (w końcu nie od parady nazywam się sama foodie), cenię sobie dobrą jakość, nowe doświadczenia. Ale trend życia, bardzo związany z minimalizmem, czyli simple living/proste życie pociąga mnie coraz bardziej. Zamiana części dalekich wojaży na motocykl i lokalne podróże po Polsce (w tym oczywiście częste odwiedziny Siedliska na Wygonie), częste weekendy w różnych częściach kraju. Jeżdżenie na rowerze, spacerowanie, różnego rodzaju projekty takie jak nauka robienia na drutach…To wszystko sprowadza się do próby życia prościej, z mniejszą ilością bodźców, co oznacza też mniej stresów, więcej na koncie.
Życie po swojemu jest cudowne
Minimalizm zmusza do wychodzenia ze strefy komfortu. Nie jestem jedną z tych osób, o których wszyscy wiedzą, że określa się jako minimalistka bo cały czas o tym mówi (w przeciwieństwie do większości wyznawców paleo i cross-fitowców, jak głosi stary dowcip), ale zawsze chętnie wchodzę w dyskusje, nawet, jeżeli zazwyczaj kończą się one dziwnymi spojrzeniami. Na zaczepki, które namiętnie stosuje pewna członkini naszej rodziny „taaak tacy bogaci jesteście, że nie chcecie rzeczy ode mnie (przez rzeczy rozumiemy ubrania w których nie będziemy chodzić, jedzenie pełne laktozy, czy dziwne filiżanki)?” zwyczajnie już nie reaguję, bo szkoda na nie mojego czasu i energii. Minimalizm to także inwestycja w siebie i najdroższych, najbliższych ludzi i to właśnie robię – dla przyjaciół jestem w stanie poświęcić wiele, ale złośliwa ciocia ze strony męża nie robi na mnie najmniejszego wrażenia, bo nie jest przecież częścią mojego życia.
A co wam dał minimalizm? Napiszcie w komentarzach!

Post 6 rzeczy których nauczył mnie minimalizm pojawił się poraz pierwszy w Pinch of Salt.