Ciężko będzie podać jednak na nią jakiś konkretny przepis. Moja babcia nazywała ją kiedyś "Spacerkiem po ogródku" i coś w tym jest. Chodzi po prostu o to, by użyć do jej przygotowania jak największej ilości warzyw. Bazą jest typowa, rosołowa porcja włoszczyzny, reszt zależy od Waszej fantazji i restrykcyjności diety. Ja zawsze dokładam kilka ziemniaków, które fantastycznie ją zagęszczają. Jeżeli chcecie jednak przygotować wersję bardzo light, zastąpcie je batatem, dynią lub kapustą. Obowiązkowo korzystam też wymiennie z kalafiora lub brokuła i cebuli lub pora.
Wszystkie warzywa obieram i kroję w cząstki, niezbyt drobne. Cebulę lub pora podsmażam na odrobinie oleju. Dodaję pokrojone warzywa, 2-3 ząbki czosnku, liść laurowy i ziele angielskie, pokrojone warzywa, kostkę bulionową (można z niej zrezygnować) i zalewam wodą na 3 palce powyżej poziomu warzyw. Gotuję 30 minut, łyżką cedzakową wybieram z garnka 1/3 warzy, resztę gotuję jeszcze kwadrans. Następnie miksuję zawartość garnka i mieszam z jogurtem naturalnym, a następnie doprawiam do smaku solą i pieprzem, a czasami nawet przyprawą do zup w płynie. Do gotowego kremu wrzucam wyjęte wcześniej warzywa.
Z takiej porcji wychodzi naprawdę olbrzymi gar, który spokojnie daje nam kolację na 3-4 dni. Żeby się nie znudzić, warto codziennie podawać zupę z innymi dodatkami. Świetnie sprawdzają sie w tej roli kukurydza lub fasola z puszki, prażone płatki migdałowe, lekko przesmażone pieczarki, kawałek piersi z kurczaka lub, jak dziś, kilka plasterków, podsmażonej bez tłuszczu, drobiowej wędliny. Do lżejszej wersji można dodać ugotowana brukselkę, kilka pestek dyni lub siemię lniane.