Mój pobyt na wyspach w ostatnim czasie staje się coraz bardziej kruchy i nieoczywisty. Wpół spakowana stoję we mgle i wykonuję coś w rodzaju tańca, dwa kroki w przód i jeden w tył. Przodem jest Polska.
Wizja opuszczenia miasta przyspieszyła turystykę do miejsc, w których od dawna bardzo chciałam się znaleźć. W sobotę odwiedziłam Brighton w pięknej letniej scenerii (o tym w następnym wpisie), a kilka dni wcześniej wybraliśmy się do Centrum, zaliczyć trzy cele. Pierwszym był chodnik z widokiem na Tamizę i Westminster czyli tzw. "Londyn pocztówkowy", z którym na co dzień mam niesamowicie mało do czynienia.
Żeby dostać się na Westminster dojechaliśmy pociągiem na Victoria Station ale przeprawa do następnego punktu wymagała już użycia metra, dusznego i głębokiego metra ale na szczęście poza szczytem. Punkt 2 to Camden Town czyli dzielnica kolorów, rozrywki, bazarów i kultury alternatywnej. Zaczęliśmy od dużego falafela.
I być może też kolebki street foodu. Przy marketowych stoiskach można kupić tacki z jedzeniem z całego świata, które zwyczajowo niespiesznie spożywa się na ławkach, ulicy lub gdziekolwiek w zależności od wieku i stylu. Oferta robi wrażenie, polowałam na Etiopię ale zdążyła się zwinąć więc padło na Chiny.
Niedaleko od Camden czekało na mnie wzgórze Primrose Hill, z którego rozciąga się panorama na cały Londyn. Wdrapujesz się, siadasz na ceracie, konsumujesz piwko, hummus i dajesz się zahipnotyzować miastu.
West End już zza szyby powrotnego autobusu.
Nie miałam jeszcze okazji napisać ogólnego posta o życiu w Londynie ale jedno wiem na pewno -j eśli ktoś ma możliwość przyjechać tu i pomieszkać ale się boi i waha, niechaj wyrusza! To nie jest koniec świata, bardziej jego środek.