W kategorii pralin, Lindt biją według mnie wszystkie inne na głowę. A może to ja je tak nieziemsko odbieram? Doskonałej jakości czekolada, która w swoim wnętrzu skrywa przyjemnie tłuste, bajecznie rozpływające się nadzienie. Brzmi cudownie, prawda?Zastrzeżeń do żadnej z trzech podstawowych pralin nie mam, ale na horyzoncie pojawiła się (obok późniejszej kokosowej) orzechowa, dokładniej ta z lasu. Mam tu na myśli orzechy laskowe, oczywiście. Jak wypadła na tle pozostałych?

Opakowanie niczym nie różniło się od poprzedniego poza jednym od razu zauważalnym szczegółem - wśród bazy smaków widniała pralina w eleganckim, brązowym odcieniu. Pudełko złotego połysku nie zmieniło, zachowało za to kilka rodzajów okrągłych kulek o różnych smakach, a jednym dodatkowym. Tym nowszym i może znacznie smaczniejszym. Nie myślałam o postaci kuleczki bez papierka, czekałam raczej na niespodziankę (?). Chciałam, by to wnętrze przypominało coś w typie kremu nugatowego, jednak kremowej barwy kawałeczki znalazły się w powłoce. Ciekawe czy w wersji kokosowej wiórki (bądź płatki) również zaznaczyły swoją obecność w ten sposób. Teraz to nieważne.

Orzeszki wyglądały na posiekane nożem bez późniejszego wstępnego prażenia, solenia czy innego zabiegu karmelizowania. Nie doszło do powstania zbędnych okruszków zatopionych w poczciwej, grubej skorupie czekolady. Sprawuje ono ochronną warstwę dla delikatnego, tłustego kremu. Kolejny aspekt, czyli mleczność - nie ma pomiędzy nimi jakiejś szczególnej różnicy, kakao także nie uwydatnia swoich cech, ale na jego brak nie można narzekać. Pod tym względem było dobrze, lecz nie najlepiej. Lepszym sposobem byłoby zastąpienie kremu jego orzechową warstwą.
Cóż, nie można mieć wszystkiego. Zdradzę jeden mały szczegół, kiedyś na blogu pojawi się recenzja kilku(nastu) smaków Lindor(ek). Aż jestem ciekawa sama...
Skład i wartości: zjadłam, prezenty nie mają kalorii
Znalezione: prezent
Cena: j.w.
Ocena: 5/6