Góry są piękne o każdej porze roku jesienią, Bieszczady zwłaszcza, ale prezentują się naprawdę niezwykle. Wybraliśmy się w Bieszczady jesienią po raz pierwszy i już dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Widoki, kolory zapierały dech w piersiach – może to oklepane stwierdzenie, ale nie wiem jak inaczej to ująć – nie mogłam tam trafić tam w lepszym momencie. Każdego dnia kolory gór odrobinę się zmieniały, mieliśmy piękną słoneczna pogodę, na szlakach nie było tłumów… Zdjęcia ani trochę nie oddają rzeczywistości. Trzeba jeszcze poczuć na twarzy wiatr, pachnące ziołami powietrze – w takich momentach zastanawiam się co ja jeszcze robię w wielkim mieście, i coraz mocniej korci by wynieść się na dobre na wieś…
Mało kto nie słyszał o naleśniku gigancie. W ciągu 3 dni jedliśmy go dwa razy, a mogłabym i cztery. To smak, którego się nie zapomina i warto do niego wracać. Prosty, pyszny, pyszny, pyszny. Kto jadł ten wie 