Bywają w moim życiu takie momenty, gdy jak szalona zmieniam odżywki do włosów. Potem już się uczepię jakiejś jednej i ciężko mi się od niej uwolnić.
Tu sobie pomyślałam, że zaryzykuję. Jak okaże się świetna, to przynajmniej starczy na dłużej.
Odżywka ma ładną buteleczkę, która mieści w sobie 400 ml odżywki. Otwiera się ją dociskając z jednej strony, a po przeciwnej wysuwa się otworek ;) Takie rozwiązanie sprawia, że doza produktu jest raczej skąpa i nie zdaży się sytuacja gdy przedobrzymy z ilością.
Odżywka przeznaczona jest do włosów farbowanych i zniszczonych, czyli akurat takich jak moje.
Co ważne nie zawiera parabenów, PEG ani olei mineralnych bo bazuje na oleju z rokietnika i oleju cedrowym.
Ma za zadanie nawilżać przesuszone włosy i zapewniać długotrwałę utrzymywanie się koloru.
Odżywka zawiera wyciągi z dwóch roślin: różańca górskiego, który rośnie wysoko w górach w ekstramalnych warunkach i ma bogate właściwości odżywcze, oraz dzikiego wosku pszczelego, który nadaje włosom blask i odpowiednie nawilżenie.
Odżywka ma specyficzny zapach ziołowej maści, nie jest on nieprzyjemny, bo jego nuty zapachowe nie są zbyt nachalne. Na szczęście zapach niknie już po nałożeniu preparatu na włosy, a po spłukaniu i doprowadzeniu ich do stanu użyteczności ten zapach całkowicie jest już niewyczuwalny.
Odżywka ma mleczno-biały kolor i jest dość płynnej jogurtowej konsystencji. Ale za to w dotyku jest bardzo delikatna. Nie ma problemu z nałożeniem, bo choć nie jest śliska jak pozostałe odżywki do włosów, to swobodnie można ją rozprowadzić na całych włosach.
Stosowanie odżywki zaczęłam wraz z dwoma w zasadzie nowymi szamponami, bo w tym samym czasie zaczęłam kurację Jantarem a od czasu do czasu zdarzało mi się myś włosy pomarańczowym szamponem Balea.
Wiem, że ani jeden ani drugi szampon nie ułatwiał zadania odżywce, bo po samym użyciu szamponów włosy nie były chętne do współpracy.
Odżywka sprawiła, że włosy stały się nawilżone, ale co mnie zaskoczyło, to nawilżenie wnikało gdzieś głębiej, zupełnie nie tak jak tradycyjne odżywki.
Rozczarowaniem był fakt, że nie ułatwiała rozczesywania, co może byłoby łatwiejsze gdybym używała lepszego szamponu, który nie plącze włosów.
Mogę również się przyczepić do ochrony koloru, który i tak wyblakł. Choć z drugiej strony fryzjerka i tak przestrzegała mnie przed konsekwencją, gdyż moje włosy wcześniej były rozjaśniane na platynę.
Za to spokojnie mogę powiedzieć, że są teraz zdrowe i gęste - choć ten fakt jest również spowodowany kilkoma czynnikami, bo jak już wspomniałam kontynuję serię Jantaru a dodatkowo zużyłam już pół butelki olejku Andrea - to wszystko naprawdę przyczyniło się do świetnej kondycji moich wcześniej zmarnowanych włosów.
Podsumowując odżywka nie zrobiła na mnie pioronującego wrażenia i jestem pewna, że z tym wariantem się już nie spotkam. Natomiast nie wykluczam wprowadzenia do pielęgnacji innych odżywek Natury Siberici
Cena: ok 30 zł / 400 ml