fot. Signagi
To chyba najbardziej dzika i szalona jazda w całej naszej wyprawie. Ścinamy serpentyny, wyprzedzamy na zakrętach i podjazdach (wysłużona Astra II, silnik 1.6, 5 dorosłych i 4 bagaże), kierowca ciągle rozmawia przez telefon i pisze SMSy, ale okazuje się, że potrafi też bez problemu prowadzić z dwoma telefonami w ręku. Raz przejeżdżamy przez stado krów, które przechodzą drogą, a na zboczach dookoła pełno zwierząt.
Zatrzymujemy się przy Ananuri, 15 minut przerwy, a my po raz kolejny mamy efekt "wow". Piękna pogoda, woda kusi, żeby się w niej wykąpać. Stwierdzamy też, że podróż idzie nam tak sprawnie, że może jednak pojedziemy z naszym kierowcą do Signagi - przerwę w Tbilisi chcieliśmy głównie po to, żeby zjeść obiad. Mówimy panu, że zmieniliśmy zdanie - 140 lari do Signagi. To jednak nie koniec, bo nasz kierowca ma "haraszo guest house", a nam zajmuje dobre 10 minut wytłumaczenie, że my już mamy zarezerwowane miejsce i głupio nam je odwoływać (nie mówiąc o płatności na bookingu). Dalszą drogę pokonujemy względnie spokojnie - po drodze zatrzymujemy się w wiosce, gdzie pan kierowca coś komuś podrzuca, mijamy bardzo nietypowy transport desek, bo z okna samochodu wystają dwie ręce trzymające deski... I jedziemy drogą pod prąd, bo Gruzini nie lubią objazdów.

fot. Krowy na środku drogi? No problem!
fot. Pomnik przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej

fot. Ananuri
Dojeżdżamy do Signagi, jednego z bardziej znanych miast Kachetii (regionu znanego przede wszystkim z win) i widoki po drodze znów nas zachwycają. W centrum miasteczka nasz kierowca wypytuje ludzi o guest house, ale nikt nie kojarzy. Ostatecznie do nich dzwoni i po kilku minutach podjeżdża właściciel, który prowadzi nas na miejsce.
Tym razem wybraliśmy Zandarashvili Guest House, i chociaż widać, że ma swoje lata, a nasz pokój na najniższym poziomie do najprzytulniejszych nie należał to widok z tarasu oraz gościnność właścicieli sporo nadrabiała. 60 GEL za pokój, po 7 GEL za śniadanie (bo z bookingu, poza bookingiem 5 :p).
Po chwili odsapnięcia idziemy na obiad, tym razem do restauracji Signagi, gdzie rozśmieszamy nawet obsługę, bo nie znaleźliśmy angielskiej strony w menu i dukaliśmy po rosyjsku ;) Po obiedzie spacer po okolicy, a idąc wzdłuż murów docieramy do parku. Tam zaczepia nas pani i oferuje wejście na wieżę widokową za 5 lari - na skraju parku stoi niewykończona willa, natomiast widok z wieży faktycznie jest cudny. Pani oferuje jeszcze wino, ale my się chcemy przejść dalej. Wracając zaczepia nas jej mąż i wypytuje skąd jesteśmy - na hasło "Polsza" uśmiecha się szeroko i wspomina o zdjęciach i plakatach Warszawy. Po drodze mijamy kolejne okoliczne psy, które rozbrajają nas swoją ufnością i zabawą. Podjeżdża do nas także samochód, w środku pięciu postawnych panów i pada pytanie skąd jesteśmy. Tym razem reakcją na Polskę było "cool" i pokiwanie głowami ;)
Wracając zahaczamy o restaurację i zamawiamy wino - okazuje się, że miejscowe białe wino ma posmak czaczy i kolor bardziej koniakowy niż białego wina. Wracamy do pensjonatu, gdzie wybieramy się na taras z naszym sklepowym winem, ale postanawiamy spytać właściciela czy może nie ma swojego wina i czy mógłby nas poczęstować. Oczywiście, że poczęstuje. Litrowym dzbankiem. Za darmo. Wino sklepowe przy tym wymięka - choć wytrawne to naprawdę smaczne i nie wiadomo kiedy znika.

fot. Widok z pensjonatu



fot. Białe wino
Następny poranek wita nas kolejnym bardzo fajnym śniadaniem - mi najbardziej smakują placki z serkiem w środku (smakują trochę jak naleśniko-racuchy z serem) i konfiturą ze śliwek. Do tego tradycyjnie jajka, ser, warzywa, ryż z owocami, sałatka z kurczakiem (majonezowa ;)) i pieczywo. A panie z kuchni tylko chodzą i dokładają.
Po takim śniadaniu wybieramy się do niedaleko położonego, bo 2-3 km od miasta, klasztoru Bodbe. Trasa wiedzie drogą dla samochodów, na szczęście rekompensują to widoki. Jesteśmy chyba jedynymi turystami idącymi pieszo - cała reszta przyjeżdża busikami lub autobusami wycieczkowymi.
W przewodniku znaleźliśmy informację, że jest tu także źródełko, w którym się można wykąpać. Jednak po zejściu po milionie schodów okazuje się, że źródełko jest zabudowane budynkiem i trzeba kupić szatę za 10-12 lari, żeby w ogóle wejść. Trochę jesteśmy zawiedzeni i bez kąpieli wracamy do miasteczka.
Tym razem obiad w restauracji, z której tarasu rozpościera się widok na dolinę. Adżapsandali podbija nasze podniebienia, reszta dań już nieco mniej, natomiast jeden z kelnerów (może właściciel?) mówi również po polsku :)
Wracamy go pensjonatu, zabieramy nasze bagaże i idziemy na dworzec. Niestety, przychodzimy chwilę po 16, więc marszrutka o 16 już odjechała, a kolejna jest o 18. Praktycznie przez cały wyjazd nie sprawdzaliśmy godzin odjazdów - po prostu przychodziliśmy i coś jechało, a tylko ten jeden raz tyle musieliśmy czekać.

fot. Widok na miasteczko w drodze do Bodbe
fot. Świątynia, która jest stylizowana na starodawne budowle
- w środku żelbet i cegły ;)



Chcemy znaleźć fajne miejsce do siedzenia, ale ostatecznie zostajemy na dworcu, który również dostarcza wrażeń. Budka z kasą ma może jakieś 1,5-2 metry kwadratowe. Okienko ma kraty niczym z ogrodzenia, a przez nie wyciąga rękę pani bileterka. Bilet tym razem to kawałek niezadrukowanego paragonu z kilkoma znaczkami (6 lari od osoby). Nie chce nam się wierzyć, że ktoś nas z tym wpuści do pojazdu, ale faktycznie w tym miejscu bilety tak wyglądają. Dodatkowych wrażeń dostarcza toaleta - 30 tetrisów od osoby, pani na wejściu przydziela określoną długość papieru toaletowego, spłuczki nie działają, a papier ląduje w koszu - widać słabe rury mają.
Pojawia się malutki szczeniaczek, z którym się bawimy i poimy wodą. A w oddali niebo zaciąga się granatowymi chmurami. Okazuje się, że duchota przez cały dzień to nie miejscowy klimat, a klasyczna cisza przed burzą. W ciągu kilku chwil robi się zimno i zaczyna bardzo mocno wiać. Koło 17:30 zaczynają spadać pierwsze, nieśmiałe krople. Chwilę później podjeżdża marszrutka i w ciągu minuty się zapełnia, a tuż po wejściu do pojazdu zaczyna lać. Odjeżdżamy sporo przed 18-stą, więc nawet jeśli rozkłady jazdy istnieją to warto być odpowiednio wcześniej, bo nigdy nie wiadomo ilu będzie chętnych.
Po kilku kilometrach widzę przez okno, że droga zamienia się w strumień wody, a my utykamy w korku. Do tego gruziński korek polega na tym, że samochody blokują całą drogę w swoim kierunku. Między samochodami chodzą krowy, a my czekamy. Próbujemy wyjrzeć przez przednią szybę (pękniętą oczywiście, bo kto by się tym tutaj przejmował) i wydaje nam się, że migające koguty podświetlają powalone drzewo na drodze. Po chwili mamy pewność, a dodatkowo zaczyna padać grad. Wspominałam, że planowaliśmy sprawnie i szybko dostać się do Tbilisi, żeby zrobić pranie ;)?
Na szczęście sytuacja zostaje szybko opanowana, a my ruszamy. Ulewa i strumienie na ulicach nie są przeszkodą dla gruzińskich kierowców, żeby jeździć jak zwykle. Dojazd, w ulewie, z postojem przy drzewie zajmuje nam dwie godziny, choć powinien w normalnych warunkach zająć 2h15min.
Tym razem również kierujemy się do Marco Polo, gdzie musimy zająć się praniem oraz organizacją kolejnego dnia. Nazajutrz czeka nas wczesna pobudka, bo o 7:30 musimy opuścić hostel. Ale mamy nadzieję, że nasze plany będą tego warte!