Macierzyństwo to ciężki kawałek chleba. Śmiem twierdzić, że to najtrudniejszy egzamin w całym moim życiu. Matura to przy tym pikuś. Zbudowanie szczęśliwego związku to bułka z masłem. Wychowanie dziecka to prawdziwa orka na ugorze. Robisz dwa kroki do przodu tylko po to, by za chwilę zrobić trzy w tył. Na nic czytanie wszystkich mądrych poradników, na nic blogi o macierzyństwie (ale strzał w stopę, co?), na nic rady najmądrzejszych babć. Zawsze na końcu okazuje się, że nasze dziecko jest inne niż wszystkie i akurat na ten konkretny egzemplarz żadne metody wychowawcze nie działają…
Co za niewychowany bachor
Tę kwestię wypowiadają zazwyczaj albo ludzie bezdzietni, albo tacy co mają dzieci, ale uważają, że pozjadali wszystkie rozumy i ich własne pociechy są najgrzeczniejsze i najwspanialsze na świecie, albo zwyczajnie już nie pamiętają jak to było. A ja im dłużej jestem mamą tym mniej mnie dziwią rozmaite sytuacje z dzieckiem w roli głównej, które jeszcze dwa lata temu nazwałabym patologią. Nie dziwi mnie kiedy słyszę, że dwulatek jest jeszcze nie odpieluchowany, nie dziwi mnie widok dziecka z tabletem w ręku. Zupełnie nie oburza mnie maluch jedzący parówkę, ani taki, który robi mamie aferę w sklepie o to, że ta nie chce mu kupić Jajka Niespodzianki.
Późne matek rozmowy
Moje rozmowy z innymi mami dzielą się na dwie kategorie. Pierwsze to te, które są jeszcze na początku swojego macierzyństwa. Zazwyczaj dopytują mnie, czy aby na pewno wszystko robią dobrze. Czy uważam, że ich dziecku jest wystarczająco ciepło w wózku, czy powinny ubierać rajstopki w taką pogodę jak teraz i czy aby za dużo nie noszą swojego dziecka na ręku. Jakiś czas temu po kilkugodzinnym spotkaniu z dawno niewidzianą koleżanką, która została akurat mamą usłyszałam:
– Wiesz, jestem w szoku! Siedzimy na kawie już czwartą godzinę, a ty jeszcze ani razu w niczym nie pouczyłaś. Nie kusi cię? 