Cześć, mam na imię Marta i nie umiem przegrywać. Próbowałam i nie daję rady. Imałam się różnych sposobów, ale zawsze rezultat jest jeden: mega foch na cały świat. Następnie przychodzi rezygnacja i chęć wycofania się rakiem.
W dzieciństwie często grałam w „wojnę”. Pewnie pamiętacie tę niezbyt skomplikowaną grę karcianą. To była moja zmora. Nie umiałam kantować, więc zawsze byłam na straconej pozycji. Praktycznie każda rywalizacja kończyła się fiaskiem. Była też gra w Państwa-Miasta, Chińczyk i Monopol. Wszystkie one były moim utrapieniem. Statystycznie biorąc pod uwagę liczbę graczy oraz fakt, że w żadnej z nich nie byłam wybitna, częściej przegrywałam niż wygrywałam. To co się ze mną działo przechodziło ludzkie pojęcie. Foch na sto fajerek, krokodyle łzy i żal do całego świata. Myślałam, że z tego wyrosnę. Ale nie… Do dziś tkwię w tym po uszy. Nie umiem przegrywać i już. Za to nauczyłam się maskować moją frustrację i niezadowolenie z siebie. Rozumem ogarniam wszystko. Dociera do mnie, że nie zawsze można wygrywać, że jak nie tym razem to następnym i że drugie czy trzecie miejsce wcale nie jest takie złe.

Ale u mnie nie ma półśrodków. Zawsze wszystko na maksa. Jak kocham to księcia, jak kradnę do miliony, jak gram to wygrywam. Jak trafiam na promocję Pampresów w Tesco to biorę 5 paczek. 