Możliwość obejrzenia serialu, który zwykle ogląda się na małym monitorze laptopa, jest świetnym pomysłem. Naprawdę, producenci częściej powinni robić takie akcje, bo tak jak mam pewien problem z zapłaceniem min. 25 złotych za bilet na film, tak na ukochany serial nie zastanawiałam się nawet przez 3 sekundy. Myślę też, że dzięki temu, że specjalny odcinek „Sherlock i upiorna panna młoda” widziałam na dużym ekranie, byłam nim wczoraj absolutnie oczarowana. W kinie co kilka sekund śmiałam się albo wzdychałam z zachwytu
Im bardziej jednak emocje opadały, zdawałam sobie sprawę z tego, że w tym specjalnym odcinku gwiazdkowym sporo poszło nie tak.
Tego tekstu nie da się napisać bez spoilerów.
Jeśli więc nie oglądaliście jeszcze tego odcinka i nie chcecie wiedzieć, jakie są jego szczegóły, to nie czytajcie dalej. Po prostu zobaczcie go i wróćcie 
Sherlock i Watson w XXI wieku
Sherlock i Watson w XIX wieku (i ten wąs)Witamy w XIX wieku
Kiedy usłyszałam, że odcinek przeniesie się do czasów „właściwych”, w których powstawał oryginał Arthura Conan Doyle’a, naprawdę się ucieszyłam. Byłam strasznie ciekawa, co takiego zrobią i jak bardzo odmienionego Sherlocka zobaczymy na ekranie. I uważam, że ta podróż w czasie zrobiła im niesamowicie dobrze. Stroje, dekoracje, wnętrza – to wszystko zapierało dech w piersiach i człowiek przenosił się do Londynu w XIX wieku bez żadnego problemu. Co było jeszcze bardzo ciekawe (i zabawne), postaci zostały w większości przeniesione 1:1 (poza Watsonem, o czym napiszę w dalszej części tekstu) i po prostu był to np. Sherlock Holmes z XXI siedzący w pokoju w realiach XIX wieku. Eksperyment udany i miły dla oka.
Porozmawiajmy
Fantastycznie, jak zawsze zresztą, wypadają dialogi. Dialog Sherlocka i Watsona w noc morderstwa, wymiana zdań w kostnicy, monologi Sherlocka, żarty Mary Watson i cudowna Pani Hudson. A przede wszystkim – rozmowa pomiędzy Sherlockiem a Moriartym w mieszkaniu przy Baker Street. Oglądałam na bezdechu, była cała naszpikowana chemią, jaka jest pomiędzy aktorami, no i nie da się ukryć, że Andrew Scott całkowicie kradnie show, jest najlepszym aktorem na planie (choć Cumberbatch ustępuje mu minimalnie).

Trudniejsze zagadki rozwiązywaliśmy, Watsonie
No właśnie. Sama zagadka w tym odcinku jest odrobinę naciągana i prosta. Do tego stopnia, że w połowie seansu wiecie, jakie jest rozwiązanie. Moffat z Gatissem (jak wynika z materiałów dodatkowych) są niesamowicie zadowoleni z rozpisania scenariusza dla tej zagadki, jednak nie da się ukryć, że element kryminalny jest potraktowany zbyt powierzchownie i twórcy tak często rzucają dosłowne wskazówki, że to wszystko może się zacząć nudzić.
Niby we śnie, a jednak na jawie
Mam problem z wykorzystaniem tego motywu w odcinku. Jak dla mnie, ten specjalny odcinek mógłby praktycznie w ogóle nie nawiązywać do normalnej akcji. Albo wyłącznie wskazać widzom możliwość, że to wszystko było snem. Subtelność to jednak nie była mocna strona twórców i motyw snu, majaków i wizji jest podkreślany milion razy. Przy czym perspektywa zdarzeń w którymś momencie zmienia się tak często, że nie wiemy już co jest czym, ale nie czujemy potrzeby, żeby temat zgłębić i to wyjaśnić.
Andrew Scott dobrym aktorem jest
(parafrazując Gombrowicza)
Już przy okazji wpisu o najnowszym filmie z serii Bondów „Spectre” pisałam o tym, że Andrew Scott wywołuje u mnie dużo zachwytów, westchnień i miłości. Jest fantastycznym aktorem i jak mało kto potrafi tak błyskawicznie przeistaczać się w zły charakter (co można było obejrzeć w materiałach dodatkowych do wczoraj puszczanego odcinka). Nie jestem w stanie już widzieć nikogo poza nim jako Moriarty’ego. Dlatego przy całej mojej miłości do Cumberbatcha i Freemana, odcinek dostaje po prostu energetycznego kopa dzięki pojawieniu się Andrew Scotta. Pierwszą scenę pomiędzy Sherlockiem a Moriartym oglądałam na bezdechu, kolejna, nad wodospadem, jest tak groteskowa, że przyjemność znacznie spadła. Ale wciąż – Andrew Scott nawet w tak dziwacznie skonstruowanej scenie – podnosi jakość całości.
Pani Hudson, proszę o więcej

Pani Hudson, choć jest postacią drugoplanową, to ważną dla budowania postaci Sherlocka. Do tej pory, w zwykłych odcinkach, była miła, często zdziwioną, starszą panią, która wynajmuje mieszkanie. W odcinku specjalnym ma rewelacyjną rolę, bo jej postać naprawdę nabrała „rumieńców”. Jest trochę sarkastyczna, upomina się o swoje i jest naprawdę zabawna. Chciałabym, żeby była taka sama w odcinkach z XXI wieku. Świetne są też sceny z monstrualnie grubym Mycroftem Holmesem. W oryginale był postawny, w standardowych odcinkach Sherlocka BBC – bardzo szczupły. W odcinku specjalnym jest przerysowany, groteskowy i wciąż z doskonałym poczuciem humoru.
Martin Freeman a sprawa kobiet
Chyba największa zmiana, jeśli chodzi o charakter postaci, nastąpiła u Watsona. Martin Freeman sam zresztą przyznał w materiale dodatkowym, że mógł trochę inaczej zagrać swoją postać i skorzystał z tego. No właśnie, dr Watson w XXI wieku to zupełnie inny człowiek niż ten w XIX. Nadal jest byłym lekarzem wojennym, spisuje przygody Sherlocka i ma żonę, ale… Jest dużo bardziej gderliwy, ma czasami problemy z poczuciem własnej wartości. A przede wszystkim – nie jest w stanie nadążyć za zmianami związanymi z prawami kobiet. Panie traktuje nie do końca zgodnie ze standardami, do których przyzwyczaja XX i XXI wiek. A jego własna żona wyprzedza epokę i wie, jak ważna jest walka o prawa kobiet.
No właśnie, prawa kobiet. Z jednej strony to świetnie, że w serial wpleciono wątek sufrażystek, walki o równouprawnienie, prawo głosu. Z drugiej strony – naprawdę scenarzyści uznali, że stworzenie gangu sufrażystek, które przemieszczają się w podziemiach kościoła w strojach do złudzenia przypominających te Ku Klux Klanu to dobry pomysł?
Wszyscy dobrze się bawią
I to widać. Odcinek naszpikowany jest smaczkami skierowanymi w stronę fandomu Sherlocka. W całym odcinku jest mnóstwo nawiązań, żartów i sytuacji, które powodują, że ludzie będą go oglądać w kółko i snuć przeróżne teorie. Wszyscy autorzy fanfiction z Sherlockiem i Moriartym w rolach głównych będą piszczeć z radości (i robić kolejne gif-y). To, że Moffat i Gatiss świetnie się bawili, jest widoczne na każdym kroku. A w materiałach dodatkowych są jak małe dzieci, które aż chcą krzyczeć, jak bardzo są z siebie dumne. I ten entuzjazm jest zaraźliwy, nawet pomimo wielu niedociągnięć.

(Koniecznie zobaczcie materiały dodatkowe do odcinka i zdjęcia „behind the scenes”, których są setki na Tumblrze ;))
To jak w końcu było?
Bardzo podobało mi się w kinie i uważam za świetny pomysł puszczanie któregoś z odcinków serialu na dużym ekranie. Ze względu na właściwe towarzystwo, przyjemność była jeszcze większa, bo z przyjaciółką piszczałyśmy w tych samych momentach. Nie będzie to mój ulubiony odcinek Sherlocka. Zagadka nie była zbyt wymagająca, a twórcy zbyt często rzucali oczywistościami w odbiorców, zamiast (jak zawsze) zostawić miejsce dla niedopowiedzeń. Dla aktorów, dialogów i klimatu wiktoriańskiego Londynu naprawdę warto ten odcinek obejrzeć (i przymknąć oko na niedociągnięcia), a potem czekać kolejny rok na nowy sezon 
Artykuł Sherlock i upiorna panna młoda – czy rzeczywiście taka upiorna? pochodzi z serwisu Blog o prawie samych przyjemnościach.