na początku chciałabym tylko podkreślić wie rzeczy-
-to będzie z pewnością najbardziej chaotyczna, ohydnie długa i prawdopodobnie nie do końca ciekawa notka na świecie (a przynajmniej w historii słoika). potraktujcie to jako chęć wyrzucenia potoku myśli zbieranych codziennie, żmudnie, od 3 miesięcy. upublicznione chyba tylko dla chęci (/obowiązku) dania znaku życia i być może znalezienie jakiegoś punktu odniesienia w ewentualnych komentarzach, na które nawet nie liczę, ale za każdy serdecznie dziękuję. część z Was lojalnie oddelegowuję już teraz, bo jestem świadoma że to zwyczajnie nie jest jakkolwiek zajmujące.
-naprawdę dawno wyrosłam już ze sztucznych tytułów tworzonych z ,,wielkich słów", nie do końca mających przełożenie na dalszą treść (stanowiącą o dla przykładu pracy domowej czy pogodzie za oknem), ale uwierzcie, że innego słowa lepiej opisującego ostatni czas aniżeli dychotomia znaleźć chyba nie jestem w stanie
..i tyle słowem wstępu. teraz będzie tylko gorzej.
się pozmieniało. albo raczej ja się zmieniłam. albo jeszcze inaczej- jestem ta sama tylko zupełnie inna. doświadczenia ostatnich miesięcy otworzyły w mojej głowie milion (z pewnością nie wszystkie) bramek, furtek, kłódek. diametralnie zmienił się mój sposób postrzegania... rzeczy. wszystkiego. widzę to, czego nie widziałam/nie chciałam/ nie umiałam widzieć. inaczej interpretuję to co dookoła. rozumiem więcej i jednocześnie widzę jak wiele nie wiem. czuję się mądrzejsza niż byłam i głupsza niż kiedykolwiek. chwytam coś i gubię, bo okazuje się że to jednak nie to i wciąż jestem na to za mała, nie wystarczająca. jedyne co chyba wiem to to, że nie chcę być ,,sobie" tylko ,,dla (innych)". że punktem odniesienia nie jest to ile osiągnę tylko ile dzięki temu będę w stanie zrobić.
poznaję dziesiątki ludzi. wszystkich uwielbiam, mam towarzystwo do rozmowy, nie pogadanek. każdy jest inny, uczy czego innego. uwielbiam swoją grupę, specyficzność każdego z jej członków. dużo się od nich uczę, chyba lepiej rozumiem ludzi, chociaż każdy przekazuje co innego na swój sposób (a jednocześnie widzę jak bardzo nie-da-się zrozumieć drugiego człowieka). cieszę się z możliwości kontaktu z profesorami, doceniam daną mi szansę na to wszystko. lubię ich sposób bycia. chłonę wszystko dookoła i staram się zrobić z tym jak najwięcej. lubię tę zabawę, bo każdy ma inne podejście do wszystkiego. ta sama rzecz będzie inaczej wytłumaczona przez profesora chemii a inaczej przez profesora fizyki. przez to bardziej skupiam sie na sposobie formułowania przekazu niż samej treści. staranniej dobieram słowa, bo wcześniej ich nie rozumiałam. widzę logikę zdania i poszczególnych słów. rety, ile ja kiedyś mówiłam głupot.
z ekscytacji latam 10cm nad ziemią jednocześnie ze zmęczenia nie mogąc wstać z łóżka. mało śpię, dużo pracuję, lubię to. paliwem jest chyba satysfakcja, bo już inaczej nie umiem sobie tego tłumaczyć. perspektywa dotarcia do celu paradoksalnie z pewnością nie bo szansa na nie/ tudzież zdanie są identyczne. mam prawdopodobnie jedną z najwyższych średnich na roku i ani trochę nie wierzę, że zdam. te studia to miejsce gdzie wchodzisz na szczyt swoich możliwości widząc, że mimo to wciąż nic nie wiesz.
ah i- odpowiednia presja sprawi, że będziesz w stanie zrobić wszystko.
podsumowując, gdyby ktoś czekał na werdykt- nie mam pojęcia czy kocham te studia i to co się dzieje czy nienawidzę. i stąd ten tytuł
(jeśli właśnie wyrzuciłeś komputer za okno bo po przeczytaniu tego wszystkiego liczyłeś chociaż na jednostronne stanowisko a ja tak obrzydliwie zawiodłam- to przepraszam, wesołych świąt!)