Znowu mam kryzys.*
Kryzys jak cholera.
Nie chcę po raz tysięczny wysłuchiwać że dam radę, że będzie dobrze.
Histeryzuję, płaczę, krzyczę.
Zupełnie jak wtedy.
2 lata temu.
Okaleczanie, napady agresji, duszenie się z płaczu, bezsenność.
Boże, nie każ mi przechodzić tego nigdy więcej.
Jeden psycholog, drugi, trzeci.
Jedna wizyta i do widzenia, już się nie zobaczymy.
Nie będę prowadzić zeszytów i kontrolować tego co zjadam, ile i o której.
Moje życie i bez tego jest wystarczająco skomplikowane.
Do tej zacnej kolekcji dołączają kompulsy.
Znowu ląduję na niebieskich kafelkach z palcami w gardle.
Chwila moment, nie do końca bo rzygam gdzie popadnie byle tylko się nie zorientowali.
Staję na wadze i… pęka mi serce na miliard kawałków.
Dla Ciebie może to bez znaczenia, jakieś tam pół kilo więcej.
Ale mój świat się wali.
Nawet mam sporo pamiątek po tych zdarzeniach, wszędzie, na całym ciele.
Może nie dużych ale jednak.
Każdego dnia modlę się o śmierć, nie mam już siły dłużej walczyć.
Jestem sama, bo wszystkich od siebie odepchnęłam.
Jeśli Twój Bóg naprawdę by istniał, nie przeżywałabym teraz tego.
Dziękuję też serdecznie tym paru osobom od których porządnie dostałam w twarz, ja nie wybaczam.
*opisany przeze mnie obecny acz prawie zażegnany kryzys absolutnie nie ma nic wspólnego z ED, jest jedynie nawiązaniem
Mija miesiąc, dwa, pół roku.
Nie potrzebowałam niczego oprócz czasu i wsparcia.
Proszę Państwa, ja już od ponad roku nie mam ED.
Teraz jestem tu, silniejsza i bogatsza o nowe doświadczenia.
Wiem że drastycznie się zmieniłam.
Nie żałuję, gdybym mogła cofnąć czas to nic bym nie zmieniła.
Jestem rok do tyłu ze szkołą i straciłam paru przyjaciół.
Trudno, tak po prostu musiało być i jestem za to cholernie wdzięczna.
Nie miałabym tego co mam teraz, nie byłabym szczęśliwa.
Proszę, nie poddawaj się uszczypliwym komentarzom innych.
Nie ekscytuj się wyphotoshopowanymi modelkami na okładkach.
To dużo kosztuje.
Całe lata, a po nich pozostają niegojące się blizny w psychice i strach bliskich.
Jedyne czego potrzebujesz to miłości.
Nie zamknięcia w szpitalu w którym tuczą jak (tfu!) świnię na ubój mając przy tym głęboko w poważaniu co dzieje się w twojej psychice.
Tylko miłość i wsparcie.
To jest właśnie według mnie niezawodny lek na ED.
Nie ważne ile osób skrzywdzisz, ile przedmiotów rozwalisz rzutem o ścianę, ile litrów łez wylejesz.
Łatwo nie będzie, będzie bolało.
Walcz do końca.
Tyle mam do powiedzenia, w razie czego łatwo się ze mną skontaktować.